Rzund

Prawo i Sprawiedliwość nie wycofa kandydatury Janusza Kochanowskiego na Rzecznika Praw Obywatelskich - zapowiedział w piątek w Sejmie przewodniczący klubu parlamentarnego PiS Przemysław Gosiewski. Wcześniej Liga Polskich Rodzin zapowiedziała, że nie poprze kandydatury prezesa fundacji "Ius et Lex"

- Nie wycofamy kandydatury Kochanowskiego, bo jest ona ważna co najmniej z trzech powodów: po pierwsze dlatego, że jest to wybitny prawnik, jeden z najlepszych karnistów w Polsce, a RPO musi być wybitnym prawnikiem - podkreślił Gosiewski na konferencji prasowej.

Drugi powód podtrzymania tej kandydatury to - według Gosiewskiego - "nieuleganie modom" przez Kochanowskiego, a trzeci - jego wrażliwość społeczna. O wycofanie kandydatury Kochanowskiego zaapelowała do PiS w piątek Liga Polskich Rodzin, w związku z jego wypowiedzią, w której pozytywnie odniósł się do marszów równości, mających odbyć się w kilku miastach Polski w niedzielę.

=========================================

Czy ja jestem ślepy czy powód dla którego LPR nie popiera tego kandydata to jawna kpina

 

"Cimoszewicz złamał prawo"

Tak czy inaczej doktor prawa prezes fundacji Ius et Lex prawnik z UW wie co mówi jak twierdzi że Cimoszka złamał prawo .

Ale nie bój nic przedstawienie się dopiero zaczyna i negatywny elektorat Cimoszki rośnie z dnia na dzień i ludzie zagłosują przeciw Cimoszce który utorzsamia 4 lata rządów aferzystów z SLD ..

"Cimoszewicz złamał prawo"

Cytat:Tak czy inaczej doktor prawa prezes fundacji Ius et Lex prawnik z UW wie co mówi jak twierdzi że Cimoszka złamał prawo .



Wiesz ilu była takich jak on? a ilu się myliło

Cytat:Ale nie bój nic przedstawienie się dopiero zaczyna i negatywny elektorat Cimoszki rośnie z dnia na dzień i ludzie zagłosują przeciw Cimoszce który utorzsamia 4 lata rządów aferzystów z SLD ..



Mówisz że Kaczyńscy się kolnuję - ile ich teraz będzie, aż strach pomyśleć. Maxio dlaczego jesteś aż tak naiwny. Komu zaczynasz wierzyć? Ludziom czy głosom ? Cimoszka jest utożsamiany z profesjonalizmem i kulturą polityczną! Sondaże mówią jasno i będą jeszcze bardziej korzystne, bo poparcie do tego co robi komisja jest coraz bliższe zeru!!!

Wyrywać chwasty czy sadzić na innym gnojowniku

[quote="Duke"]KŚ nie ma sensu bo [...] nie da sie juz jej wprowadzić do prawa polskiego [/quote]

Janusz Kochanowski Wydział Prawa i Adminstracji UW, Prezes Fundacji IUS ET LEX

"Przeszkodą nie jest członkostwo w UE. Zawarta w unijnej konstytucji Karta Praw Podstawowych mówi, że nikt nie może być skazany na karę śmierci, tyle że podczas negocjacji ustalono, iż po ratyfikacji konstytucji Karta nie będzie prawnie obowiązująca.
Każda kara jest złem. Ale czasem konieczne jest takie właśnie zło, żeby móc chronić dobro"

Więc tak się fakty mają

KŚ jest również zgodna z zasadami religijnymi wyznań uznanych przez państwo oraz Kartą Narodów Zjednoczonych.

i jeszcze ciekawy cytat:

"Chodzi o to, by prawo było skuteczne - i zgodne z naszym poczuciem moralnym. Kara śmierci jest z nim zgodna - jeśli stosowana jest do ludzi zabijających świadomie i z premedytacją. Oni sami wybierają sobie wtedy swój los."

Niedawno był taki przypadek, że dwóch gości postanowiło dla zabawy kogoś zabić. Wyrzucili przez okno z pędzącego pociągu dziewczynę. Świetnie się bawili.

 

Wyrywać chwasty czy sadzić na innym gnojowniku

ocset
Cytat:
Janusz Kochanowski Wydział Prawa i Adminstracji UW, Prezes Fundacji IUS ET LEX

"Przeszkodą nie jest członkostwo w UE. Zawarta w unijnej konstytucji Karta Praw Podstawowych mówi, że nikt nie może być skazany na karę śmierci, tyle że podczas negocjacji ustalono, iż po ratyfikacji konstytucji Karta nie będzie prawnie obowiązująca.
Każda kara jest złem. Ale czasem konieczne jest takie właśnie zło, żeby móc chronić dobro"

Więc tak się fakty mają :bravo



Powyższy mit już dawno został na tym forum odkłamany. ;> W miejscu, z którego wziąłeś powyższy cytat była zapewne także informacja, że przeszkodą nie jest członkowstwo w UE, ale Europejska Konwencja Praw Człowieka, a dokładnie jej Protokół 13

ale jazda

Cytat: Czy czytelnicy jednych gazet są bardziej patriotyczni od czytelników innych gazet?



Jak to dla wybranych jest piękna strona:

http://www.patriotyzmjutra.pl/

i jest budżet programu na rok 2006 = 5 mln, była prezencja w obecności:

Witold Kieżun z Fundacji Ius et Lex,
Marianna Wajdukiewicz z Centrum Edukacji Obywatelskiej,
Antoni Bielewicz z Stowarzyszenia „Ludzie Wolności",
Maria Prozińska-Jackl z Społecznego Towarzystwa Oświatowego,
Paweł Białecki z Młodych Konserwatystów,
Anatolij Omelaniuk z Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych RP.

i polecana książka: Nawrócenie i chrzest Mieszka I...

Eurokandydaci PiSu z Warszawy

Cytat:Ciekawa kandydatura jest Janusz Kochanowski (z fundacji IUS et LEX). Wygrywa nie tylko wygladem z p. Kaminskim. Troche sie dziwie, ze sie zgodzil kandydowac, szczegolnie ze szansa wejscia z drugiego miejsca jest - no wlasnie - jaka?



Też się zastanawiałem i sądzę że chyba jednak mała. Napisz o nim coś więcej.

Promocja

Cytat:Prostytutka w promocji z cegłą

Takiej promocji jeszcze w Polsce nie było - pisze "Życie Warszawy". Handlująca materiałami budowlanymi elbląska firma Bepol oferuje gratis godzinną wizytę w agencji towarzyskiej. Warunek: zakup towarów za 10 tys. zł.

Prawnicy twierdzą, że sprawę należy zbadać, bo taka działalność może być rodzajem stręczycielstwa. Właściciel firmy tłumaczy, że, jak na razie, z promocji jeszcze nikt nie skorzystał. Niestety, nikomu się nie opłaca kupować u mnie za tak dużą sumę - ubolewa Roman Myszko.

Na pomysł promocji wpadł, gdy jakiś czas temu przyszła do niego właścicielka pobliskiej agencji towarzyskiej. Kupowała farby i pędzle. Niczego sobie babka. Wiedziałem, czym się zajmuje, i zagadałem. Zgodziła się - opowiada dziennikowi handlowiec. Dodaje, że nawet wybrał się do agencji, żeby zobaczyć, jak wygląda.

To parę metrów ode mnie. Ładnie tam, dużo kolorowych świateł. Ale z żadnych usług nie korzystałem, mam żonę, nie potrzebuję - zastrzega. Dodaje, że żona wie o pomyśle, ale tego nie pochwala. Za to teściowej bardzo się on spodobał.

O ile z tej promocji nikt jeszcze nie skorzystał, to wielu zostało już przez pana Myszko nagrodzonych w inny sposób. Kto dokona w sklepie Bepol zakupów za 100 zł, dostaje piwo gratis, które może odebrać w pobliskim sklepie. Promocja idzie dobrze. Pomysłowy biznesmen wydaje klientom talony na piwo, za które płaci 2 zł - informuje gazeta.

Prowadzę ten biznes od trzech lat i z roku na rok jest coraz gorzej. Dlatego wymyślam takie techniki - opowiada pan Myszko.

Wygląda na to, że ten człowiek, działając w celach osiągnięcia korzyści materialnej, ułatwia komuś uprawianie prostytucji. To może być rodzaj stręczycielstwa - tłumaczy "Życiu Warszawy" prawnik, dr Janusz Kochanowski z Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu Warszawskiego, prezes fundacji Ius et Lex. (PAP)



Chyba juz po promocji

Nietypowa promocja - prostytutka gratis !

"Życie Warszawy": Takiej promocji jeszcze w Polsce nie było. Handlująca materiałami budowlanymi elbląska firma Bepol oferuje gratis godzinną wizytę w agencji towarzyskiej. Warunek: zakup towarów za 10 tys. zł.
Prawnicy twierdzą, że sprawę należy zbadać, bo taka działalność może być rodzajem stręczycielstwa. Właściciel firmy tłumaczy, że, jak na razie, z promocji jeszcze nikt nie skorzystał. "Niestety, nikomu się nie opłaca kupować u mnie za tak dużą sumę" - ubolewa Roman Myszko.

Na pomysł promocji wpadł, gdy jakiś czas temu przyszła do niego właścicielka pobliskiej agencji towarzyskiej. "Kupowała farby i pędzle. Niczego sobie babka. Wiedziałem, czym się zajmuje, i zagadałem. Zgodziła się" - opowiada dziennikowi handlowiec. Dodaje, że nawet wybrał się do agencji, żeby zobaczyć, jak wygląda
"To parę metrów ode mnie. Ładnie tam, dużo kolorowych świateł. Ale z żadnych usług nie korzystałem, mam żonę, nie potrzebuję" - zastrzega. Dodaje, że żona wie o pomyśle, ale tego nie pochwala. Za to teściowej bardzo się on spodobał.

O ile z tej promocji nikt jeszcze nie skorzystał, to wielu zostało już przez pana Myszko nagrodzonych w inny sposób. Kto dokona w sklepie Bepol zakupów za 100 zł, dostaje piwo gratis, które może odebrać w pobliskim sklepie. Promocja idzie dobrze. Pomysłowy biznesmen wydaje klientom talony na piwo, za które płaci 2 zł - informuje gazeta.

"Prowadzę ten biznes od trzech lat i z roku na rok jest coraz gorzej. Dlatego wymyślam takie techniki" - opowiada pan Myszko.

"Wygląda na to, że ten człowiek, działając w celach osiągnięcia korzyści materialnej, ułatwia komuś uprawianie prostytucji. To może być rodzaj stręczycielstwa - tłumaczy "Życiu Warszawy" prawnik, dr Janusz Kochanowski z Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu Warszawskiego, prezes fundacji Ius et Lex.

żródło www.onet.pl

"Cimoszewicz złamał prawo"

Za wp.pl

Zdaniem dr Jausza Kochanowskiego, prawnika z Uniwersytetu Warszawskiego i prezesa Fundacji Ius et Lex, Włodzimierz Cimoszewicz, opuszczając w sobotę posiedzenie sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen, złamał prawo i "pomieszał role świadka i marszałka sejmu".

"Świadek - a w takiej roli stanął przed komisją śledczą Włodzimierz Cimoszewicz - nie ma prawa, bez zgody organu prowadzącego postępowanie( komisja śledcza jest takim organem - PAP) wydalić się z miejsca czynności przed jej zakończeniem" powiedział PAP Kochanowski.

Zdaniem Kochanowskiego, nieuprawnione są zarzuty do członków komisji o ich brak bezstronności ze względu na to, że są reprezentantami partii, które w wyborach prezydenckich wystawiły swoich kandydatów, co może oznaczać, że Cimoszewicz jest ich konkurentem politycznymi.

"Sejmowa komisja śledcza jest ciałem politycznym, więc takie argumenty, prowadziłyby do niemożności przesłuchania jakiejkolwiek osoby ubiegającej się o stanowisko polityczne. Przyjęcie tego rodzaju rozumowania bo doprowadziłaby do całkowitego paraliżu komisji".

Zdaniem Kochanowskiego, Cimoszewicz - jako marszałek Sejmu - ma obowiązek stać na straży jego godności.

"Tymczasem wypowiedź marszałka podczas sobotniej konferencji prasowej, cytująca wypowiedź jednego z internautów, że +zachowanie niektórych posłów komisji przypomina zachowanie pieska, który jak nie może ugryźć to chce przynajmniej obsikać+ - PAP) jest inwektywą pod adresem organu Sejmu" - powiedział Kochanowski.

______________________________________________________________________

Jeżeli media to podchwycą i połączą z takim niedomówieniem że nie chciał wystąpić bo ma coś na sumieniu to Cimoszka będzie miał krucho ....

RAPORT O FUNKCJONOWANIU WYMIARU SPRAWIEDLIWOŚCI W POLSCE

RAPORT O FUNKCJONOWANIU WYMIARU SPRAWIEDLIWOŚCI W POLSCE
Konferencja odbędzie się 3 lipca br. w Pałacu Kazimierzowskim Uniwersytetu Warszawskiego, w godzinach 11.00 –12.20.

PROGRAM KONFERENCJI
RAPORT O FUNKCJONOWANIU WYMIARU SPRAWIEDLIWOŚCI W POLSCE
3 lipca 2006, Warszawa,
sala Senatu Uniwersytetu Warszawskiego, Pałac Kazimierzowski

Przedstawienie raportu
11.00 - 11.02 dr Robert Gwiazdowski - Centrum im. Adama Smitha
Przywitanie uczestników i otwarcie konferencji
11.02 - 11.15 mec. Jan Stefanowicz - Ius et Lex i Centrum im. Adama Smitha
Prezentacja głównych wątków raportu
11.15 - 11.20 Andrzej Sadowski - Centrum im. Adama Smitha
Prezentacja wątków spraw gospodarczych
11.20 - 11.23 dr Robert Gwiazdowski - Centrum im. Adama Smitha
Podsumowanie
Debatę prowadzi Piotr Zaremba - Newsweek Polska
Wypowiedzi zaproszonych gości w sprawie raportu
11.25 - 11.30 Ludwik Dorn (w potwierdzaniu) - Wicepremier i Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji
11.30 - 11.35 Zbigniew Ziobro - Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny
11.35 - 11.40 Marek Bieńkowski - Komendant Komendy Głównej Policji
11.40 - 11.50 pytania ekspertów i prowadzącego debatę do zaproszonych gości
11.50 - 12.20 pytania z sali i wypowiedzi zaproszonych gości kończące konferencję
12.20 - 13.00 kuluary - sala Złota

Gościem konferencji będzie dr Janusz Kochanowski – Rzecznik Praw Obywatelskich

Organizatorem konferencji jest Centrum im. Adama Smitha i Fundacja Ius et Lex
przy pomocy partnerów konferencji:
Newsweek Polska, Onet.pl, Eter PR, EMC2, Intersys,

www.iusetlex.pl
www.smith.pl

Kontakt: adam@smith.pl, iusetlex@iusetlex.pl

Kara śmierci is back

Cytat: Gwoli formalności: wprowadzenie kary śmierci jest w Polsce niemożliwe, bo zniesienie kary śmierci jest formalnym warunkiem koniecznym przynależności do Rady Europy i nieformalnym warunkiem koniecznym do przyjęcia do UE (zakaz kary śmierci jest jedną z wartości, które legły u podstaw UE i należy do acquis communitaire (dorobku wspólnotowego) UE, które każde państwo przyjmuje do Unii wchodząc). Wprowadzenie kary śmierci spowodowałoby wykluczenie Polski z Rady Europy i ostracyzm w płaszczyźnie UE.



Rzeczpospolita z dn.12.07.2004 r. Gość Rzeczpospolitej
Janusz Kochanowski Wydział Prawa I Administracji UW, Prezes fundacji IUS ET LEX, Rzecznik Praw Obywatelskich (obecnie!)

"Czy wprowadzenie w Polsce kary śmierci jest prawnie możliwe?

Tak, ale musielibyśmy wypowiedzieć podpisane przez Polskę protokoły do europejskiej konwencji praw człowieka, które znoszą karę śmierci. Zostały one sporządzone pod auspicjami Rady Europy.

Przeszkodą nie jest natomiast członkostwo w UE. Zawarta w unijnej konstytucji Karta Praw Podstawowych mówi co prawda, że nikt nie może być skazany na karę śmierci, tyle że podczas negocjacji ustalono, iż po ratyfikacji konstytucji Karta nie będzie prawnie obowiązująca. Pamiętać jednak należy, że w żadnym kraju UE kary śmierci nie ma - taka jest tendencja wewnątrz Unii. Nawet Turcji nakazano zniesienie kary śmierci, jeśli chce rozpocząć negocjacje członkowskie.

Znoszenie kary śmierci zaczęło się jeszcze w XVIII wieku i wracało falami. Obecnie nie ma jej w ponad 160 krajach, a obowiązuje w ok. 90. W Polsce moratorium na wykonywanie kary śmierci wprowadzono w 1988 r., a kodeks karny z 1997 r. zniósł ją całkowicie.

Kara śmierci to powracający dylemat. Czy można bez niej walczyć z rosnącą brutalnością przestępców? Słynny kryminolog angielski sir James Fitzjames Stephen mawiał, że są tacy, którzy powstrzymują się od popełnienia morderstwa, bo obawiają się kary śmierci. Ale setki tysięcy powstrzymują się od tego, bo uważają morderstwo za straszne. A uważają je za straszne właśnie dlatego, że jest zagrożone karą śmierci. Jednym słowem - taka kara powoduje, że wiemy, gdzie leży granica tolerancji dla najcięższych zbrodni.

Każda kara jest złem. Ale czasem konieczne jest takie właśnie zło, żeby móc chronić dobro. (not. ast)"

Odpowiedzialność przewodników górskich

Cytat: źródło - SPORT I TURYSTYKA
Kto odpowie za wypadek w górach?
JACEK CZABAŃSKI
Autor jest alpinistą i prawnikiem, współpracownikiem naukowej Fundacji Ius et Lex

Cytat: Jakież to lobby nie chce uznać rozumu turysty górskiego, taternika czy alpinisty himalaisty?

Cytat: W górach nie da się uniknąć wypadków


ani własnej odpowiedzialności za skutki lekkomyślnej niewiedzy.
Można rozważać, co to jest "własna odpowiedzialność za skutki lekkomyślnej niewiedzy" (WOzSLN) i kiedy to działa ze skutkami prawnymi?
Przypadek pierwszy - idę sam i szlag mnie trafił.
Moja WOzSLN i ja zginąłem - nie ma o czym dyskutować, bo trudno mi choćby mandat wystawić. Aczkolwiek koszty "bambusa" winny być jakoś tam rozliczone...
Przypadek drugi - idę z podopiecznym i on uległ wypadkowi.
Upsss! A jeśli to on winien być tym odpowiedzialnym w zespole? Na przykład - mój syn ma dużo większe doświadczenie we wspinaczce i w dodatku ma formalne na to papiery... Kto ponosi odpowiedzialność?
Jeśli zaś w mocy prawa, to ja jestem odpowiedzialny za osobę towarzyszącą, prokurator i tak znajdzie miejsce za które mnie chwyci i... posadzi.
To samo dotyczy na przykład nauczyciela wiodącego w góry grupę uczniów.
Przypadek trzeci - Turysta, grupa turystów, wycieczka szkolna itp. wynajmuje przewodnika i ktoś z wynajmujących ulega wypadkowi. Sprawa dość prosta - odpowiada przewodnik i formalni opiekunowie grupy. Ci drudzy w ograniczonym do kwestii formalnych zakresie.
Przypadek czwarty - grupa partnerska. Jeśli rzeczywiście jest to grupa partnerska i każdy z uczestników zdeponował formalne poświadczenie tego, że bierze udział na wyłącznie własną odpowiedzialność, po wypadku rzeczywiście zadziała WOzSLN. Jeśli zaś takiego dokumentu poszkodowany nie sporządził, odpowiada i tak organizator imprezy.

Zatem, jeśli coś organizujemy i mamy obawy o WOzSLN, wynajmujemy licencjonowanego przewodnika (kwity!) i cała formalna odpowiedzialność za wypadek spada na niego. To zdaje się rozwiewać artykułowane w innym wątku wątpliwości w zakresie potrzeby istnienia zawodowych (wynajmowanych za pieniądze) przewodników górskich.

Polityka / polityk na ..... minus

Tańczy, jak zagrają

Pan dr Janusz Kochanowski, prezes fundacji Ius et Lex (Sprawiedliwość i Prawo), doniósł do Prokuratury Rejonowej w Warszawie na marszałka Józefa Oleksego. Oskarża go o to, że wypowiadając się po wyroku sądu lustracyjnego znieważył konstytucyjny organ RP.

Pan dr Kochanowski to niejako

kwintesencja PiS-owskich poglądów

na sprawiedliwość. Kiedy we wrześniu 2004 r. Sąd Najwyższy oddalił kasację Lecha Kaczyńskiego od wyroku nakazującego mu przeproszenie Lecha Wałęsy i Mieczysława Wachowskiego za zarzucenie jednemu popełnienie przestępstw, a nazwanie drugiego przestępcą, Lech Kaczyński stwierdził, że nie zastosuje się do wyroku, ponieważ go nie akceptuje. Jednocześnie zarzucił sądowi stronniczość twierdząc, że wyrok przypomina mu sytuację, gdy sąd odmówił jego bratu Jarosławowi wytoczenia procesu cywilnego Wałęsie za obrazę, której ten się dopuścił. Dowodził, że sąd błędnie powołał się na konstytucyjny immunitet chroniący prezydenta, który dotyczy jedynie spraw karnych. Wtedy jednak pan dr Kochanowski nie robił publicznych scen, że Kaczyński podważa wiarygodność Sądu Najwyższego sugerując, iż z jakichś powodów (najpewniej politycznych, jak można było domniemywać) sąd uniemożliwił jego bratu dochodzenie sprawiedliwości na Wałęsie. Kochanowski

nie złożył także żadnego zawiadomienia

i nie protestował w związku z jawną deklaracją niepodporządkowania się wyrokowi sądowemu. A przecież tego niesłychanego, niedopuszczalnego poniżenia prawomocnego wyroku wydanego w imieniu Rzeczypospolitej dopuścił się w obliczu mediów, które to transmitowały na żywo, prominentny polityk prawicy, drogowskaz polityczny znacznej części opozycji, prezydent stolicy, człowiek kandydujący do najwyższego urzędu w państwie, jeden z ideologów odnowy moralnej państwa.
Gdyby więc pan Kochanowski chciał zachować minimum bezstronności, najmniejszy choćby pozór rzeczywistej dbałości i troski o państwo prawa, złożyłby dwa zawiadomienia. Wtedy i teraz. A tak – to jego Ius et Lex śmiało można uzupełnić też z łacińska: dum cantat flamen, respondit clericus amen. Co swobodnie na polski tłumaczy się: tańczy, jak zagrają.

Trybuna

Eurokandydaci PiSu z Warszawy

Ciekawa kandydatura jest Janusz Kochanowski (z fundacji IUS et LEX). Wygrywa nie tylko wygladem z p. Kaminskim. Troche sie dziwie, ze sie zgodzil kandydowac, szczegolnie ze szansa wejscia z drugiego miejsca jest - no wlasnie - jaka?

Kup cegły, dostaniesz prostytutkę

Takiej promocji jeszcze w Polsce nie było - pisze "Życie Warszawy". Handlująca materiałami budowlanymi elbląska firma Bepol oferuje gratis godzinną wizytę w agencji towarzyskiej. Warunek: zakup towarów za 10 tys. zł.

Prawnicy twierdzą, że sprawę należy zbadać, bo taka działalność może być rodzajem stręczycielstwa. Właściciel firmy tłumaczy, że, jak na razie, z promocji jeszcze nikt nie skorzystał. "Niestety, nikomu się nie opłaca kupować u mnie za tak dużą sumę" - ubolewa Roman Myszko.

Na pomysł promocji wpadł, gdy jakiś czas temu przyszła do niego właścicielka pobliskiej agencji towarzyskiej. "Kupowała farby i pędzle. Niczego sobie babka. Wiedziałem, czym się zajmuje, i zagadałem. Zgodziła się" - opowiada dziennikowi handlowiec. Dodaje, że nawet wybrał się do agencji, żeby zobaczyć, jak wygląda.

"To parę metrów ode mnie. Ładnie tam, dużo kolorowych świateł. Ale z żadnych usług nie korzystałem, mam żonę, nie potrzebuję" - zastrzega. Dodaje, że żona wie o pomyśle, ale tego nie pochwala. Za to teściowej bardzo się on spodobał.

O ile z tej promocji nikt jeszcze nie skorzystał, to wielu zostało już przez pana Myszko nagrodzonych w inny sposób. Kto dokona w sklepie Bepol zakupów za 100 zł, dostaje piwo gratis, które może odebrać w pobliskim sklepie. Promocja idzie dobrze. Pomysłowy biznesmen wydaje klientom talony na piwo, za które płaci 2 zł - informuje gazeta.

"Prowadzę ten biznes od trzech lat i z roku na rok jest coraz gorzej. Dlatego wymyślam takie techniki" - opowiada pan Myszko.

"Wygląda na to, że ten człowiek, działając w celach osiągnięcia korzyści materialnej, ułatwia komuś uprawianie prostytucji. To może być rodzaj stręczycielstwa - tłumaczy "Życiu Warszawy" prawnik, dr Janusz Kochanowski z Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu Warszawskiego, prezes fundacji Ius et Lex.

(PAP)

Wraca sprawa lawiny pod Rysami...

Oto jeszcze jedno stanowisko, poniekąd w sprawie, i zaznaczam, osoby nie zajmującej sie prawem wyłącznie medialnie....

"W styczniu 2003 r., gdy licealiści z Tychów szli na Rysy, zeszła potężna lawina. Zginęło osiem osób. Prowadzący grupę nauczyciel (mający pewne doświadczenie górskie) został nieprawomocnie skazany na rok więzienia w zawieszeniu.

Nie były to czysto losowe zdarzenia, przynajmniej w części wynikały z popełnionych błędów. Kto zatem, jeśli w ogóle, powinien być prawnie odpowiedzialny za tego rodzaju wypadki i czy za pomocą prawa można zminimalizować ryzyko ich wystąpienia?

Do niedawna uprawianie alpinizmu wymagało specjalistycznych kwalifikacji, potwierdzonych kartą taternika, wydawaną przez Polski Związek Alpinizmu. Ostatnia zmiana ustawy o kulturze fizycznej zniosła ten wymóg, głównie za sprawą nacisków środowiska alpinistycznego, w tym niżej podpisanego. A to dlatego, że: reglamentacja dostępu do legalnego uprawiania wspinania jest niecelowa; egzekucja zakazu była iluzoryczna; podobnych ograniczeń nie ma w żadnym z państw europejskich, w tym alpejskich. Uznano więc, że każdy ma prawo decydować o stopniu ryzyka swojej działalności, zgodnie z gwarantowanym przez konstytucję prawem wolności (art. 31).

Swoboda decydowania nie dotyczy jednak sytuacji, w której: ktoś nie dokonuje samodzielnej oceny ryzyka na skutek zaufania pokładanego w innej osobie (a co do której rozsądne jest przyjąć, że zaufanie takie może pokładać); prawo uznaje, że dana osoba nie jest w stanie samodzielnie ocenić ryzyka, i dlatego ustanawia inne osoby jako odpowiedzialne za podejmowane decyzje.

Osoby niepełnoletnie
Zgodnie z prawem tylko do pewnego stopnia niepełnoletni są odpowiedzialni za swoje czyny. Tak więc ich prawni opiekunowie mogą ponieść odpowiedzialność karną za narażenie osób pozostających pod ich opieką na niebezpieczeństwo utraty życia.

Poza zakresem tego artykułu jest rozważanie, do jakiego stopnia rodzice mogą narzucić wybór zachowania niebezpiecznego (np. wyprawy górskiej) swoim dzieciom, jednak nie ulega wątpliwości, że na wyprawę dzieci i nauczycieli rodzice muszą wyrazić zgodę. Tak właśnie uczynili rodzice licealistów, opierając się na zaufaniu do nauczyciela mającego pewne doświadczenie górskie.

Na zasadzie zaufania
Żadna aktywność górska nie jest wolna od ryzyka, ale alpinizm wypracował metody pozwalające na jego minimalizację, pod warunkiem używania stosownego sprzętu oraz przestrzegania odpowiednich reguł bezpieczeństwa.
(-)

Kwestia odpowiedzialności karnej jest bardziej złożona. Co do zasady, organizator może odpowiadać za narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 1 kodeksu karnego) - kara pozbawienia wolności do lat 3, ale częściej jako narażenie mimo obowiązku opieki (art. 160 § 2 k.k.) - kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Obowiązek opieki będzie wynikać albo z postanowień umowy typu klient - przewodnik, albo obowiązku opieki rodzicielskiej czy sprawowanej przez inne osoby, np. nauczycieli. Istnieje też tzw. kontratyp ryzyka, który skutkuje brakiem odpowiedzialności pod warunkiem przestrzegania zasad bezpieczeństwa.

Czasem za nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa może być uznana sama decyzja o górskiej wyprawie.

W procesie nauczyciela sąd nie znalazł dowodów na naruszenie zasad bezpieczeństwa przez licealistów, a w szczególności na to, że grupa spowodowała wypadek przez podcięcie lawiny.

Sąd uznał jednak, że sama decyzja o wyruszeniu w góry była obarczona takim ryzykiem, że wyczerpywała cechy przestępstwa z art. 160 k.k.

W górach nie da się uniknąć wypadków. Ryzyko jest nieodłącznie związane z alpinizmem, piękną przecież aktywnością człowieka. Ale brak prawnej odpowiedzialności za wypadki powinien odnosić się wyłącznie do sytuacji, w których uczestnicy byli właściwie poinformowani o występującym ryzyku i zdawali sobie sprawę z kwalifikacji towarzyszy wyprawy.
(-)

A do wyłączenia odpowiedzialności powinno prowadzić jedynie wykazanie, że przestrzegano wszystkich zasad bezpieczeństwa, a wypadek był skutkiem działania sił losowych. Brak prawnej reglamentacji wspinania nie może prowadzić do braku odpowiedzialności osób wykorzystujących modę na sporty ekstremalne do podejmowania ryzykownej działalności przy wykorzystaniu niewiedzy tych, którzy im zaufali. "

JACEK CZABAŃSKI
Autor jest alpinistą i prawnikiem, współpracownikiem naukowej Fundacji Ius et Lex
Pozdrawiam, Iza

"Kaczka... to max co może z ciebie być"

Cytat:Demokracja - byle nie psuć...
Lech na Warszawie się nie znał; jako minister sprawiedliwości u Buzka nie zrobił nic.

Nie pisuję tu o książkach, ale ukazuje się właśnie pozycja o wyjątkowym znaczeniu. Mogłaby, sądząc po temacie, być dziełem któregoś zachodniego autora, aliści wyszła spod ręki naszej znakomitej reporterki i publicystki - Krystyny Jagiełło. Po latach spędzonych w Niemczech u boku męża Niemca, wśród zwykłych Niemców - opisała w książce "Po zmierzchu bogów" ("Iskry"), jak na moralnej ruinie i na gruzach państwa-zbrodniarza budowano po roku 1945 demokrację. Książka, nie muszę nikogo przekonywać, jest pasjonująca. Informacje bezcenne i czasem zgoła rewelacyjne: nie wiedziałem, że pokolenie lat 60., uważane przez wszystkich w Europie za "kopniętych", to, które potem zrodziło RAF z bezmyślnymi aktami terroru, morderstwami i samobójstwami, wcześniej budziło starsze pokolenia z moralnego uśpienia i zmusiło do zastanowienia nad przeszłością.

Taką książkę powinni byli dać światu sami Niemcy, bo, jak tu nieraz pisałem, ich doświadczenie powinno nie tylko świadczyć o nich, ale służyć innym, początkującym w demokracji. Amerykanie weszli w 1945 r. do Niemiec, notabene, z przygotowanym bardzo inteligentnie programem psychologicznej, moralnej i politycznej reedukacji narodu. Naród niemiecki wydawał się nieuleczalnie skażony, tymczasem przez 50 lat potrafił zbudować wzorową demokrację i społeczeństwo obywatelskie. Czy i wyobraźnię? Ta, jak świadczą resentymenty aż po Erikę Steinbach, jest już tematem na inną książkę.

Satysfakcji w tym tygodniu miałem więcej. Bo też inna, świeżo wydana, źródłowa książka prof. Piotra Roguskiego przedstawia "Polenlieder", czas, kiedy Niemcy - ale nie pruscy, tylko ci inni, o których do znudzenia tu przypominam, że byli i są - wprost kochali wychodzących na emigrację wojaków naszego powstania listopadowego; ściągali potem oficerów listopada na dowódców swoich powstań Wiosny Ludów. Ci Niemcy, najdelikatniej mówiąc, nie kochali Prusaków; nie do pomyślenia byłoby też dla nich utożsamiać przeszłość Niemiec z przeszłością Prus - co się zdarza dzisiaj zarówno historykom, jak niemieckim politykom oraz moim kolegom po fachu.

Co do naszej demokracji, jest, na jaką nas stać; "widziały gały, co wybierały". Szkoda, swoją drogą, że nie pokazywano, z jakich środowisk rodzinnych wyrośli kandydaci do prezydentury. Polacy dowiedzieliby się trochę ointeligencji żoliborskiej, i z drugiej strony, że Stutthof był najpierw Zivilgefangenenlager, obozem "jeńców cywilnych" - gdańskich Kaszubów, tysięcy ofiar, że dwa tysiące rozstrzelanych Kaszubów leży w Piaśnicy...

Wolałbym, żeby bracia Kaczyńscy skoncentrowali swoje wielkie inteligencje i ambicje (z całym szacunkiem) nie na "sile", a na przygotowaniu do swych ról. Doceniałem w pełni Muzeum Powstania Warszawskiego i ściągnięcie z Wrocławia na wiceprezydenta ds. bezpieczeństwa - Władysława Stasiaka, rzeczowego, mądrego człowieka, który współpracował owocnie z warszawskim komendantem policji i byłby chyba nader cenny w resorcie spraw wewnętrznych. Lech na Warszawie się nie znał; jako minister sprawiedliwości u Buzka nie zrobił nic. Jarosława znów "IV Rzeczypospolitą" ilustruje plan upaństwowienia ZUS i służby zdrowia, czyli powrót do PRL; co wygląda jak SLD-owskie sięganie po kasę. W tym gronie fachowców nie widać. Ani kontaktów z nimi. Dowód: plan likwidacji Rady Polityki Pieniężnej, ustanowionej w konstytucji... Nie czytali jej? Jak i o tym, co może prezydent?

O budżet nikt nie pyta najwybitniejszego znawcy - Misiąga. A wedle naszych lewic, od Bugaja do PiS, nie ma co uczyć warstw niższych samoorganizacji, by umiały zachować dla siebie swoje skromne pieniądze, poprzez np. ubezpieczenia wzajemne czy sprywatyzowanie na korzyść klientów monopoli miejskich usług komunalnych. Warstwy niższe ma obdarzać swymi łaskami, jak chciał Marks, "uczciwe państwo" pod władzą słusznych partii, ich lepsza, uczciwa biurokracja. Iluż to nowych, słusznych urzędników zatrudni upaństwowianie ZUS i służby zdrowia! SLD-owski NFZ pożarł miliard na wstępie.

Może więc jakieś obywatelskie kluby badaczy podatków i budżetu? Gdybyż tak poprzez nieocenioną Fundację Ius et Lex zawitały do nas światowe autorytety systemów podatkowych! Może wyjaśnilibyśmy wspólnie Europie bzdurność np. VAT. Wycofuje on na długo z obrotu spore pieniądze; obciąża dodatkową, kosztowną księgowością i urzędy skarbowe, i przedsiębiorców (drobnych wręcz niszcząco); zrywa (jak wszelkie podatki pośrednie) podatkowy związek obywatela z państwem. Amerykę uczył tego sam zdrowy rozsądek.

Demokracja - ma tyle wariantów... Byle nie psuć.
Stefan Bratkowski


http://rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_m ... _a_17.html

PRAWO DO OBRONY

artykul z "przekroju"

"Może już nadszedł czas na odwrót od peerelowskiego stylu traktowania ofiar napadów.

Najczęściej zaczyna się od rodzinnej lub sąsiedzkiej awantury. Tak właśnie było w przypadku Adriana K. i Piotra J. z podpoznańskiego Skórzewa. Syn Piotra J. został pobity. W grupie młodzieńców, którzy to zrobili, był dobry kolega młodego J. - 18-letni Adrian. Ojciec zareagował dość łagodnie - zadzwonił do matki chłopaka z pretensjami. Kilka godzin później, w piątek 2 września tego roku, Adrian, wybiwszy szybę w drzwiach balkonowych, próbował wejść do domu J. Miał dwa promile alkoholu we krwi.

Rodzina Adriana twierdzi, że chciał przeprosić. Piotr J. mówi o napadzie. Skończyło się tragedią. Trafiony kulą w brzuch nastolatek zmarł w szpitalu. - Przez myśl mi nie przeszło, żeby mu krzywdę zrobić. Ale byłem przerażony. Broniłem swojej rodziny - tłumaczy Piotr J.

Wtedy stało się coś, czego nie pamiętają nawet najtęższe prawnicze głowy - poznańska prokuratura nie tylko puściła mężczyznę wolno, ale jeszcze zrezygnowała z postawienia mu jakiegokolwiek zarzutu. - To był podręcznikowy przykład obrony koniecznej - wyjaśnia Mirosław Adamski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Po raz pierwszy o niuansach i wybojach obrony koniecznej Polacy dowiedzieli się za sprawą Elżbiety Borowik. 11 lat temu w domu mieszkanki podwarszawskiego Chotomowa zgasło światło. Kobieta wystraszyła się, że to kolejny napad. - Wcześniej wielokrotnie mnie okradano, miałam też sygnał, że na tym się nie skończy. Obiecałam sobie, że nikt do mojego domu już nie wejdzie, chyba że po moim trupie - wspomina kobieta.

Zdenerwowana wygarnęła ze strzelby do mężczyzn, którzy ze słupa energetycznego kradli transformator. Jeden z nich zginął. Kobietę oskarżono o zabójstwo i na trzy tygodnie trafiła do aresztu.

Za blondynką w okularach stanęła prawie cała Polska. Ręczyć chcieli politycy - między innymi Jacek Kuroń. Prokuratura o obronie koniecznej nie chciała słyszeć, konsekwentnie domagała się czterech lat więzienia za umyślne zabójstwo. Dopiero po trzech latach ciągania po sądach Elżbieta Borowik usłyszała przed sądem apelacyjnym, że działała w obronie koniecznej. Wcześniej, w pierwszej instancji została uniewinniona, choć sąd zgrabnie uniknął dywagacji na temat obrony koniecznej. Ale prokurator się odwołał.

Każdego roku do prokuratur w całej Polsce trafia około stu takich spraw, w których obrona przed atakiem kończy się zranieniem lub śmiercią napastnika. Jednak tylko nieliczne są tak głośne. - Napastnicy giną najczęściej podczas awantur domowych. Scenariusz jest podobny: żona, broniąc się przed atakiem działającego pod wpływem alkoholu męża, chwyta za nóż i wbija mu go w brzuch - mówi Paweł Bachmat, prawnik z podległego Ministerstwu Sprawiedliwości Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości.

Bachmat jest autorem opracowania o obronie koniecznej, jedynego w Polsce napisanego na podstawie analizy akt procesowych 109 spraw. Z lektury 90 stron wyłania się ponury wniosek: gdy zaatakuje cię bandzior, bierz nogi za pas, bo jeśli stanie się mu krzywda, wylądujesz na ławie oskarżonych.

Dariusz Maciejewski, radny i przedsiębiorca z okolic Środy Śląskiej, w październiku 2001 roku zastrzelił z dubeltówki jednego z 17 młodych mężczyzn, którzy najechali na jego kawiarnię, by wyrównać rachunki z barmanem. Drugiego ciężko ranił. Choć Maciejewski stanął w obronie pracownika i demolowanego lokalu, prokuratura uznała, że o obronie koniecznej nie może być mowy, i zażądała 15 lat więzienia. A śledztwo w sprawie zdemolowania kawiarni przez napastników umorzyła. Sąd w dwóch instancjach go uniewinnił, ale pełnomocnicy napastników złożyli wniosek o kasację do Sądu Najwyższego.

Równie dramatyczne przejścia ma za sobą Józef Banasiak z Łodzi. On z kolei ugodził w pośladek nożem młodego mężczyznę, który wtargnął na jego posesję. Napastnik zmarł z wykrwawienia, a Banasiak spędził dziewięć miesięcy w areszcie oskarżony o zabójstwo. W tym czasie kilka razy próbował popełnić samobójstwo. Choć minęło osiem lat, jego proces, podobnie jak Maciejewskiego, jeszcze się nie zakończył.

Kolejne sądy wymierzały mu kary: a to bezwzględnego pozbawienia wolności, a to więzienia w zawieszeniu. Dopiero w czerwcu łódzki sąd apelacyjny uznał, że choć przekroczył granice obrony koniecznej, to działał w strachu i nie może zostać ukarany. Z tym wyrokiem Banasiak także nie może się pogodzić. - Jestem niewinny - powtarza. I niedawno złożył wniosek o kasację.

Kukułcze jaja prokuratorów

Kryminolog, profesor Brunon Hołyst: - Sprawa Banasiaka powinna wstrząsnąć sumieniami prokuratorów. Nie może być tak, żeby działający w obronie własnej człowiek był oskarżany o zabójstwo. To paranoja!

Ale jak dowodzi Paweł Bachmat, takie paranoiczne sytuacje to norma. Prokuratura, nawet dysponując dowodami na korzyść broniącej się przed napadem osoby, często oskarża ją o popełnienie przestępstwa. - Bez związku nawet z przekroczeniem obrony koniecznej - mówi Bachmat. Kat staje się ofiarą, a ofiara katem.

W przypadku Maciejewskiego prokuratura uparła się, że strzelał do jednego z mężczyzn, gdy ten był odwrócony do niego plecami. Sąd jednak był innego zdania. Elżbieta Borowik pamięta, że prokuratora interesowało przede wszystkim to, skąd miała broń. Kilka lat temu do sądu w Nowym Sączu wpłynął akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie, który broniąc się, solidnie obił jednego z napastników. Mimo że zeznania świadków czarno na białym wskazywały sprawców, prokuratura nie dała im wiary i w akcie oskarżenia oparła się na zeznaniach napastników.

W 1999 roku Sąd Rejonowy w Sokółce na Podlasiu rozpatrywał sprawę mężczyzny, który we własnym domu, broniąc się przed napastnikami, kilka razy uderzył jednego z nich młotkiem w głowę. Mimo że zebrano dowody przemawiające na jego korzyść, został oskarżony o pobicie.

Prokuratorzy na obronę konieczną ciągle patrzą krzywo, traktując ją jak alibi sprawcy. Poseł PiS Zbigniew Ziobro oskarża prokuratorów, że rzadko stosują przepis o obronie koniecznej. On sam jako aplikant musiał namawiać swoich kolegów z krakowskiej prokuratury, by nie oskarżali napadniętego o udział w bójce.

Oskarżyciele oceniają sytuację na chłodno, nie biorąc pod uwagę okoliczności, w których doszło do zdarzenia. - A wystarczyłoby przeczytać orzeczenia Sądu Najwyższego, który mówi, że takie okoliczności jak strach czy liczba napastników trzeba brać pod rozwagę. Wszystko jest dobrze znane i dokładnie opisane - dziwi się Bachmat.

Doktor Janusz Kochanowski z fundacji Ius et Lex uważa, że w takich sytuacjach oskarżyciele po prostu boją się ryzykować. Wolą oddać sprawę - i problem - sądowi.

Sędziowie ewoluują pod presją

Jak pokazują przykłady Józefa Banasiaka i Elżbiety Borowik, tej odwagi długo brakowało także sądom. Profesor Marian Filar, karnista z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, tłumaczy to PRL: - W PRL czuwało ORMO, a obywatel co najwyżej mógł wzywać pomocy. Jak ośmielił bronić się sam, dostawał po łapach.

Tamte czasy dobrze pamięta Paweł Ways, sędzia radomskiego sądu okręgowego z przeszło 40-letnią praktyką. - Obronę konieczną stosowało się rzadko. Jeśli ktoś zabił, broniąc swej własności, to przyjmowano, że obrony nie było. Tylko trochę lepiej było w przypadkach obrony życia.

I choć w 1989 roku zmienił się ustrój, stare nawyki pozostały. Zwłaszcza u prokuratorów. Sądy dopiero z czasem zauważyły problem. Dziś na ogół rozstrzygają sprawy na korzyść napadniętych, odrzucając argumenty prokuratorów. Jeśli nawet nie uniewinniają oskarżonego, to przynajmniej uznają, że działał pod wpływem strachu lub wzburzenia, i odstępują od karania.

Sędzia Witold Franckiewicz z wrocławskiego sądu apelacyjnego, który uniewinnił Dariusza Maciejewskiego, pamięta taką sprawę. - Kilka lat temu orzekałem w sprawie mężczyzny, który na gorącym uczynku schwytał złodzieja włamującego się do jego sklepu. Złodziej zaatakował. Mimo to przedsiębiorcy udało się go obezwładnić. Był jednak tak zdenerwowany, że nadal okładał go taboretem - opowiada Franckiewicz. Dlatego sąd orzekł przekroczenie granic obrony koniecznej. - Atak został odparty, a napastnik nie stanowił już zagrożenia - wyjaśnia prawnik. Sąd wziął jednak pod uwagę wzburzenie sklepikarza i zastosował nadzwyczajne złagodzenie kary.

- Między obroną konieczną a jej przekroczeniem granica jest bardzo cienka - mówi sędzia Marek Celej z Krajowej Rady Sądownictwa. Pamięta sprawę z warszawskiego sądu: młodszy brat zabił starszego siekierą, bo nie wytrzymał wieloletniego znęcania. - Spodziewając się kolejnego ataku ze strony brata, który zaczaił się za drzwiami, mężczyzna sięgnął po siekierę - opowiada Celej. Skład orzekający, któremu przewodniczył, stwierdził przekroczenie granic obrony koniecznej. - Środek obrony był niewspółmierny do zagrożenia - tłumaczy. Sąd zastosował jednak nadzwyczajne złagodzenie kary - do 3,5 roku więzienia.

Według Celeja zmiana podejścia sędziów i łagodzenie wyroków w sprawach o przekroczenie obrony koniecznej to efekt presji społeczeństwa zagrożonego przestępczością.

Politycy bronią okazjonalnie

Problemem obrony koniecznej politycy nie zajmują się na co dzień, poza komentowaniem głośnych spraw i kampanią wyborczą. W 1997 roku na jednym z ostatnich posiedzeń Sejmu ówczesny poseł PSL adwokat Aleksander Bentkowski zgłosił poprawkę do kodeksu karnego. Nowy przepis nakazuje sądowi odstąpienie do wymierzenia kary, ,jeżeli przekroczenie granic obrony koniecznej było wynikiem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu". Sejm poprawkę przyjął jako dodatkowy trzeci paragraf artykułu 25 kodeksu karnego, mimo że i bez niej sądy mogły już wcześniej nie wymierzać kary (patrz ramka).

Teraz również politycy używają obrony koniecznej do zdobycia głosów wyborców. Najgłośniej PiS. Chce wprowadzić zapis pozwalający prokuratorowi nie wnosić aktu oskarżenia, nawet gdyby doszło do przekroczenia jej granic. - Domagamy się, by wobec osoby, która pod wpływem usprawiedliwionego okolicznościami strachu lub wzburzenia przekroczyła granice obrony koniecznej, prokurator automatycznie umarzał sprawę - tłumaczy Ziobro. O podobny zapis walczy senator i kandydat PO Robert Smoktunowicz: - Taki przepis pozwoliłby ludziom, którzy bronili siebie, uniknąć nie tylko aresztu, ale również długiego postępowania sądowego.

To pomysł, który podoba się zwykłym ludziom. Gdy radiowa ,Trójka" w programie ,Za, a nawet przeciw" zapytała słuchaczy, czy decyzja poznańskiej prokuratury w sprawie Piotra J. była słuszna, skrzynka zapełniła się mailami. - Zdecydowana większość słuchaczy była zdania, że ten człowiek miał święte prawo, by strzelać - mówi dziennikarka ,Trójki" Ewa Lipowicz. - Jednomyślnie Piotra J. poparli też internauci: aż 97 procent.

Poczucie winy zostaje

Psychologowie mówią o wielkiej traumie ludzi, którym przyszło bronić swego majątku lub życia. Cierpią na depresję, mają stany lękowe. - Na pewno nie czują się zwycięzcami. Nawet w drobnych sprawach mają niesamowite poczucie winy. Obwiniają siebie, że sprawca ich zaatakował - tłumaczy Barbara Wojnicz-Mierkowska, psycholog i biegły sądowy z działającego przy warszawskim urzędzie miasta zespołu pomocy ofiarom przestępstw.

Traumę potęguje postępowanie sądowe. - To, że muszą stanąć przed sądem, odczuwają jako wielką niesprawiedliwość. Burzy w nich zaufanie do państwa i społeczeństwa, które nie potrafiło ich obronić. Józef Banasiak machnął na wszystko ręką. - Nie obchodzi mnie nic: ten kraj, ci ludzie, nic. Dziś złodziej ma większe prawa niż porządny obywatel - mówi rozgoryczony. Na wybory nie pójdzie. Pomagać nikomu nie zamierza. Widział kopanego na ulicy chłopaka, nie ruszył z pomocą. - Miałem wtedy wyrok w zawieszeniu, a sędzia ostrzegł mnie, bym się do takich historii nie wtrącał, bo będę miał kłopoty.

Elżbieta Borowik ciągle czuje się winna. - Człowiek po zabiciu drugiego człowieka nigdy nie będzie taki sam - mówi. I Elżbieta Borowik nie jest już taka sama - nosi inne nazwisko, nie mieszka już w domu, na który pracowała pół życia.

Taki sam nie jest Dariusz Maciejewski. - Czas beztroski skończył się wtedy. Bez pomocy psychiatry bym sobie nie poradził - wyznaje. Uciekł w pracę. Prezesuje LZS, czyli ludowemu zespołowi sportowemu, jest radnym powiatowym, działa w izbie rolniczej. Ostatnio jako kandydat PO do Sejmu startuje z 13. miejsca we Wrocławiu. - W pierwszym wystąpieniu złożę wniosek o rozszerzenie granic obrony koniecznej. Żeby człowiek miał prawo się bronić.

Co myślicie o tym zdarzeniu

POwtarzanie się w kółko ale zawsze.

http://wiadomosci.onet.pl...t.html?drukuj=1
Cytat:
Broń Boże przed koniecznością obrony
Obrona konieczna to zwykle początek drogi na ławę oskarżonych
Może już nadszedł czas na odwrót od peerelowskiego stylu traktowania ofiar napadów.
Najczęściej zaczyna się od rodzinnej lub sąsiedzkiej awantury. Tak właśnie było w przypadku Adriana K. i Piotra J. z podpoznańskiego Skórzewa. Syn Piotra J. został pobity. W grupie młodzieńców, którzy to zrobili, był dobry kolega młodego J. - 18-letni Adrian. Ojciec zareagował dość łagodnie - zadzwonił do matki chłopaka z pretensjami. Kilka godzin później, w piątek 2 września tego roku, Adrian, wybiwszy szybę w drzwiach balkonowych, próbował wejść do domu J. Miał dwa promile alkoholu we krwi.

Rodzina Adriana twierdzi, że chciał przeprosić. Piotr J. mówi o napadzie. Skończyło się tragedią. Trafiony kulą w brzuch nastolatek zmarł w szpitalu. - Przez myśl mi nie przeszło, żeby mu krzywdę zrobić. Ale byłem przerażony. Broniłem swojej rodziny - tłumaczy Piotr J.

Wtedy stało się coś, czego nie pamiętają nawet najtęższe prawnicze głowy - poznańska prokuratura nie tylko puściła mężczyznę wolno, ale jeszcze zrezygnowała z postawienia mu jakiegokolwiek zarzutu. - To był podręcznikowy przykład obrony koniecznej - wyjaśnia Mirosław Adamski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Po raz pierwszy o niuansach i wybojach obrony koniecznej Polacy dowiedzieli się za sprawą Elżbiety Borowik. 11 lat temu w domu mieszkanki podwarszawskiego Chotomowa zgasło światło. Kobieta wystraszyła się, że to kolejny napad. - Wcześniej wielokrotnie mnie okradano, miałam też sygnał, że na tym się nie skończy. Obiecałam sobie, że nikt do mojego domu już nie wejdzie, chyba że po moim trupie - wspomina kobieta.

Zdenerwowana wygarnęła ze strzelby do mężczyzn, którzy ze słupa energetycznego kradli transformator. Jeden z nich zginął. Kobietę oskarżono o zabójstwo i na trzy tygodnie trafiła do aresztu.

Za blondynką w okularach stanęła prawie cała Polska. Ręczyć chcieli politycy - między innymi Jacek Kuroń. Prokuratura o obronie koniecznej nie chciała słyszeć, konsekwentnie domagała się czterech lat więzienia za umyślne zabójstwo. Dopiero po trzech latach ciągania po sądach Elżbieta Borowik usłyszała przed sądem apelacyjnym, że działała w obronie koniecznej. Wcześniej, w pierwszej instancji została uniewinniona, choć sąd zgrabnie uniknął dywagacji na temat obrony koniecznej. Ale prokurator się odwołał.

Każdego roku do prokuratur w całej Polsce trafia około stu takich spraw, w których obrona przed atakiem kończy się zranieniem lub śmiercią napastnika. Jednak tylko nieliczne są tak głośne. - Napastnicy giną najczęściej podczas awantur domowych. Scenariusz jest podobny: żona, broniąc się przed atakiem działającego pod wpływem alkoholu męża, chwyta za nóż i wbija mu go w brzuch - mówi Paweł Bachmat, prawnik z podległego Ministerstwu Sprawiedliwości Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości.
Bachmat jest autorem opracowania o obronie koniecznej, jedynego w Polsce napisanego na podstawie analizy akt procesowych 109 spraw. Z lektury 90 stron wyłania się ponury wniosek: gdy zaatakuje cię bandzior, bierz nogi za pas, bo jeśli stanie się mu krzywda, wylądujesz na ławie oskarżonych.

Dariusz Maciejewski, radny i przedsiębiorca z okolic Środy Śląskiej, w październiku 2001 roku zastrzelił z dubeltówki jednego z 17 młodych mężczyzn, którzy najechali na jego kawiarnię, by wyrównać rachunki z barmanem. Drugiego ciężko ranił. Choć Maciejewski stanął w obronie pracownika i demolowanego lokalu, prokuratura uznała, że o obronie koniecznej nie może być mowy, i zażądała 15 lat więzienia. A śledztwo w sprawie zdemolowania kawiarni przez napastników umorzyła. Sąd w dwóch instancjach go uniewinnił, ale pełnomocnicy napastników złożyli wniosek o kasację do Sądu Najwyższego.

Równie dramatyczne przejścia ma za sobą Józef Banasiak z Łodzi. On z kolei ugodził w pośladek nożem młodego mężczyznę, który wtargnął na jego posesję. Napastnik zmarł z wykrwawienia, a Banasiak spędził dziewięć miesięcy w areszcie oskarżony o zabójstwo. W tym czasie kilka razy próbował popełnić samobójstwo. Choć minęło osiem lat, jego proces, podobnie jak Maciejewskiego, jeszcze się nie zakończył.

Kolejne sądy wymierzały mu kary: a to bezwzględnego pozbawienia wolności, a to więzienia w zawieszeniu. Dopiero w czerwcu łódzki sąd apelacyjny uznał, że choć przekroczył granice obrony koniecznej, to działał w strachu i nie może zostać ukarany. Z tym wyrokiem Banasiak także nie może się pogodzić. - Jestem niewinny - powtarza. I niedawno złożył wniosek o kasację.

Kukułcze jaja prokuratorów

Kryminolog, profesor Brunon Hołyst: - Sprawa Banasiaka powinna wstrząsnąć sumieniami prokuratorów. Nie może być tak, żeby działający w obronie własnej człowiek był oskarżany o zabójstwo. To paranoja!

Ale jak dowodzi Paweł Bachmat, takie paranoiczne sytuacje to norma. Prokuratura, nawet dysponując dowodami na korzyść broniącej się przed napadem osoby, często oskarża ją o popełnienie przestępstwa. - Bez związku nawet z przekroczeniem obrony koniecznej - mówi Bachmat. Kat staje się ofiarą, a ofiara katem.

W przypadku Maciejewskiego prokuratura uparła się, że strzelał do jednego z mężczyzn, gdy ten był odwrócony do niego plecami. Sąd jednak był innego zdania. Elżbieta Borowik pamięta, że prokuratora interesowało przede wszystkim to, skąd miała broń. Kilka lat temu do sądu w Nowym Sączu wpłynął akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie, który broniąc się, solidnie obił jednego z napastników. Mimo że zeznania świadków czarno na białym wskazywały sprawców, prokuratura nie dała im wiary i w akcie oskarżenia oparła się na zeznaniach napastników.

W 1999 roku Sąd Rejonowy w Sokółce na Podlasiu rozpatrywał sprawę mężczyzny, który we własnym domu, broniąc się przed napastnikami, kilka razy uderzył jednego z nich młotkiem w głowę. Mimo że zebrano dowody przemawiające na jego korzyść, został oskarżony o pobicie.

Prokuratorzy na obronę konieczną ciągle patrzą krzywo, traktując ją jak alibi sprawcy. Poseł PiS Zbigniew Ziobro oskarża prokuratorów, że rzadko stosują przepis o obronie koniecznej. On sam jako aplikant musiał namawiać swoich kolegów z krakowskiej prokuratury, by nie oskarżali napadniętego o udział w bójce.

Oskarżyciele oceniają sytuację na chłodno, nie biorąc pod uwagę okoliczności, w których doszło do zdarzenia. - A wystarczyłoby przeczytać orzeczenia Sądu Najwyższego, który mówi, że takie okoliczności jak strach czy liczba napastników trzeba brać pod rozwagę. Wszystko jest dobrze znane i dokładnie opisane - dziwi się Bachmat.

Doktor Janusz Kochanowski z fundacji Ius et Lex uważa, że w takich sytuacjach oskarżyciele po prostu boją się ryzykować. Wolą oddać sprawę - i problem - sądowi.
Sędziowie ewoluują pod presją

Jak pokazują przykłady Józefa Banasiaka i Elżbiety Borowik, tej odwagi długo brakowało także sądom. Profesor Marian Filar, karnista z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, tłumaczy to PRL: - W PRL czuwało ORMO, a obywatel co najwyżej mógł wzywać pomocy. Jak ośmielił bronić się sam, dostawał po łapach.

Tamte czasy dobrze pamięta Paweł Ways, sędzia radomskiego sądu okręgowego z przeszło 40-letnią praktyką. - Obronę konieczną stosowało się rzadko. Jeśli ktoś zabił, broniąc swej własności, to przyjmowano, że obrony nie było. Tylko trochę lepiej było w przypadkach obrony życia.

I choć w 1989 roku zmienił się ustrój, stare nawyki pozostały. Zwłaszcza u prokuratorów. Sądy dopiero z czasem zauważyły problem. Dziś na ogół rozstrzygają sprawy na korzyść napadniętych, odrzucając argumenty prokuratorów. Jeśli nawet nie uniewinniają oskarżonego, to przynajmniej uznają, że działał pod wpływem strachu lub wzburzenia, i odstępują od karania.

Sędzia Witold Franckiewicz z wrocławskiego sądu apelacyjnego, który uniewinnił Dariusza Maciejewskiego, pamięta taką sprawę. - Kilka lat temu orzekałem w sprawie mężczyzny, który na gorącym uczynku schwytał złodzieja włamującego się do jego sklepu. Złodziej zaatakował. Mimo to przedsiębiorcy udało się go obezwładnić. Był jednak tak zdenerwowany, że nadal okładał go taboretem - opowiada Franckiewicz. Dlatego sąd orzekł przekroczenie granic obrony koniecznej. - Atak został odparty, a napastnik nie stanowił już zagrożenia - wyjaśnia prawnik. Sąd wziął jednak pod uwagę wzburzenie sklepikarza i zastosował nadzwyczajne złagodzenie kary.

- Między obroną konieczną a jej przekroczeniem granica jest bardzo cienka - mówi sędzia Marek Celej z Krajowej Rady Sądownictwa. Pamięta sprawę z warszawskiego sądu: młodszy brat zabił starszego siekierą, bo nie wytrzymał wieloletniego znęcania. - Spodziewając się kolejnego ataku ze strony brata, który zaczaił się za drzwiami, mężczyzna sięgnął po siekierę - opowiada Celej. Skład orzekający, któremu przewodniczył, stwierdził przekroczenie granic obrony koniecznej. - Środek obrony był niewspółmierny do zagrożenia - tłumaczy. Sąd zastosował jednak nadzwyczajne złagodzenie kary - do 3,5 roku więzienia.

Według Celeja zmiana podejścia sędziów i łagodzenie wyroków w sprawach o przekroczenie obrony koniecznej to efekt presji społeczeństwa zagrożonego przestępczością.

Politycy bronią okazjonalnie

Problemem obrony koniecznej politycy nie zajmują się na co dzień, poza komentowaniem głośnych spraw i kampanią wyborczą. W 1997 roku na jednym z ostatnich posiedzeń Sejmu ówczesny poseł PSL adwokat Aleksander Bentkowski zgłosił poprawkę do kodeksu karnego. Nowy przepis nakazuje sądowi odstąpienie do wymierzenia kary, ,jeżeli przekroczenie granic obrony koniecznej było wynikiem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu". Sejm poprawkę przyjął jako dodatkowy trzeci paragraf artykułu 25 kodeksu karnego, mimo że i bez niej sądy mogły już wcześniej nie wymierzać kary (patrz ramka).

Teraz również politycy używają obrony koniecznej do zdobycia głosów wyborców. Najgłośniej PiS. Chce wprowadzić zapis pozwalający prokuratorowi nie wnosić aktu oskarżenia, nawet gdyby doszło do przekroczenia jej granic. - Domagamy się, by wobec osoby, która pod wpływem usprawiedliwionego okolicznościami strachu lub wzburzenia przekroczyła granice obrony koniecznej, prokurator automatycznie umarzał sprawę - tłumaczy Ziobro. O podobny zapis walczy senator i kandydat PO Robert Smoktunowicz: - Taki przepis pozwoliłby ludziom, którzy bronili siebie, uniknąć nie tylko aresztu, ale również długiego postępowania sądowego.

To pomysł, który podoba się zwykłym ludziom. Gdy radiowa ,Trójka" w programie ,Za, a nawet przeciw" zapytała słuchaczy, czy decyzja poznańskiej prokuratury w sprawie Piotra J. była słuszna, skrzynka zapełniła się mailami. - Zdecydowana większość słuchaczy była zdania, że ten człowiek miał święte prawo, by strzelać - mówi dziennikarka ,Trójki" Ewa Lipowicz. - Jednomyślnie Piotra J. poparli też internauci: aż 97 procent.
Poczucie winy zostaje

Psychologowie mówią o wielkiej traumie ludzi, którym przyszło bronić swego majątku lub życia. Cierpią na depresję, mają stany lękowe. - Na pewno nie czują się zwycięzcami. Nawet w drobnych sprawach mają niesamowite poczucie winy. Obwiniają siebie, że sprawca ich zaatakował - tłumaczy Barbara Wojnicz-Mierkowska, psycholog i biegły sądowy z działającego przy warszawskim urzędzie miasta zespołu pomocy ofiarom przestępstw.

Traumę potęguje postępowanie sądowe. - To, że muszą stanąć przed sądem, odczuwają jako wielką niesprawiedliwość. Burzy w nich zaufanie do państwa i społeczeństwa, które nie potrafiło ich obronić. Józef Banasiak machnął na wszystko ręką. - Nie obchodzi mnie nic: ten kraj, ci ludzie, nic. Dziś złodziej ma większe prawa niż porządny obywatel - mówi rozgoryczony. Na wybory nie pójdzie. Pomagać nikomu nie zamierza. Widział kopanego na ulicy chłopaka, nie ruszył z pomocą. - Miałem wtedy wyrok w zawieszeniu, a sędzia ostrzegł mnie, bym się do takich historii nie wtrącał, bo będę miał kłopoty.

Elżbieta Borowik ciągle czuje się winna. - Człowiek po zabiciu drugiego człowieka nigdy nie będzie taki sam - mówi. I Elżbieta Borowik nie jest już taka sama - nosi inne nazwisko, nie mieszka już w domu, na który pracowała pół życia.

Taki sam nie jest Dariusz Maciejewski. - Czas beztroski skończył się wtedy. Bez pomocy psychiatry bym sobie nie poradził - wyznaje. Uciekł w pracę. Prezesuje LZS, czyli ludowemu zespołowi sportowemu, jest radnym powiatowym, działa w izbie rolniczej. Ostatnio jako kandydat PO do Sejmu startuje z 13. miejsca we Wrocławiu. - W pierwszym wystąpieniu złożę wniosek o rozszerzenie granic obrony koniecznej. Żeby człowiek miał prawo się bronić.


Posprzątać po stanie wojennym.

Posprzątać po stanie wojennym
Janusz Kochanowski 12-12-2008, ostatnia aktualizacja 12-12-2008 03:40
13 grudnia 1981 r. pogwałcono Konstytucję PRL. Trybunał powinien uznać, że dekret wprowadzający stan wojenny był z nią niezgodny, a więc bezprawny – pisze rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski we wniosku do Trybunału Konstytucyjnego
Stan wojenny 13 grudnia 1981 był zamachem stanu dokonanym przez juntę wojskową. Jeśli ktoś pamięta powtarzane przy rocznicowych okazjach słowa gen. Jaruzelskiego: „Rada Państwa zgodnie z konstytucją…”, to powinien wiedzieć, że było wprost przeciwnie, gdyż stan wojenny został wprowadzony z pogwałceniem konstytucji. Nawet tej uważanej wówczas za obowiązującą konstytucji stalinowskiej z 1952 r., na którą się powoływano.
Bez uprawnień
Wprowadzono go, jak wiadomo, w uchwale Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. Podjęcie uchwały przez ten wówczas naczelny organ państwa odbyło się w oparciu o stan normatywny, na który składały się opublikowane w tym samym Dzienniku Ustaw z 14 grudnia 1981 r. dekrety Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. o stanie wojennym, o postępowaniach szczególnych, o przekazaniu sądom wojskowym spraw o niektóre przestępstwa oraz o zmianie ustroju sądów wojskowych i prokuratury w czasie stanu wojennego.
Zgodnie z art. 8 obowiązującej wówczas Konstytucji PRL ścisłe przestrzeganie praw Polski Ludowej było podstawowym obowiązkiem każdego organu państwa i każdego obywatela. Konstytucja PRL przyznała wprawdzie Radzie Państwa kompetencję do wydawania dekretów z mocą ustawy, lecz tylko w okresie między sesjami Sejmu. Tymczasem w grudniu 1981 r. trwała sesja Sejmu. Już z tego względu owe dekrety były niezgodne z Konstytucją PRL. Ale nie tylko dlatego…
Obecnie odszkodowania za straty w stanie wojennym mogą dostawać jedynie osoby, które działały na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Jeśli Trybunał uzna mój wniosek, roszczenia będą mogli zgłaszać także inni poszkodowani
Również tryb zatwierdzenia dekretów wprowadzających w Polsce stan wojenny naruszył postanowienia Konstytucji PRL, która nakazywała Radzie Państwa przedstawienie dekretów Sejmowi do zatwierdzenia. Tymczasem Sejm uchwalił w styczniu 1982 r. ustawę o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego, która zatwierdzała dekrety z 12 grudnia 1981 r. z mocą obowiązującą od tegoż samego dnia. I ta procedura była niezgodna z obowiązującym prawem.
Możliwość wprowadzenia przez Radę Państwa stanu wojennego na części lub na całym terytorium przewidywał art. 33 Konstytucji PRL. Nigdy nie przyjęto jednak ustaw, które precyzowałyby formę prawną aktu normatywnego, na podstawie którego Rada Państwa mogła wprowadzić stan wojenny. Nastąpiło to dopiero w dekrecie z 12 grudnia 1981 r. o stanie wojennym wskazującym, iż wprowadzenie stanu wojennego następuje w drodze uchwały Rady Państwa.
Pozycje, pod jakimi kolejne akty normatywne o stanie wojennym umieszczono w Dzienniku Ustaw, wskazują na kolejność ich przyjmowania. Rada Państwa podjęła jako pierwszą decyzję o wydaniu dekretu o stanie wojennym – do czego nie miała uprawnień – a dopiero na podstawie tego nielegalnie uchwalonego dekretu podjęła uchwałę w sprawie wprowadzenia stanu wojennego.
Skoro Rada Państwa nie była upoważniona do wydawania w okresie sesji Sejmu dekretów z mocą ustawy, tym bardziej nie miała upoważnienia do precyzowania – w dodatku w uchwale – poszczególnych norm Konstytucji PRL. Zresztą jeszcze w PRL Trybunał Konstytucyjny wskazywał, że zgodnie z ustalonym stanowiskiem doktryny wszelkie prawa i obowiązki obywateli powinny być regulowane na mocy ustawy, a wyjątkowo, na jej podstawie i z jej upoważnienia – w akcie niższego rzędu.
Do października 1997 r. właściwość Trybunału Konstytucyjnego była ograniczona w zakresie możliwości badania zgodności dekretów wprowadzających stan wojenny z konstytucją. Andrzej Wąsek przytacza pogląd wówczas powszechnie znany, iż ustawodawca PRL pragnął w szczególności uniemożliwić Trybunałowi kontrolę legalności dekretu o stanie wojennym, świetnie zdając sobie sprawę ze sprzeczności, jakie w systemie prawnym miały miejsce. Obecnie przeszkoda ta już nie istnieje.
Zamknąć sprawę dekretów
W obecnym stanie prawnym Trybunał Konstytucyjny mógłby – i moim zdaniem powinien – raz na zawsze zamknąć sprawę nielegalności owych dekretów. Oczywiście wśród aktów normatywnych poddanych kontroli Trybunału Konstytucyjnego na pierwszy plan wysuwają się ustawy. Konstytucja posługuje się jednak pojęciem ustawy w znaczeniu materialnym, tzn. odnosi je do wszystkich aktów, którym przysługuje moc prawna ustawy. Z tych względów pojęcie „ustawa” odnosi się również do dekretów z mocą ustawy wydawanych przez Radę Państwa w okresie PRL.
Najistotniejszym wzorcem kontrolnym jest obecnie obowiązująca Konstytucja RP z 1997 r. i co do zasady tylko jej postanowienia mogą stanowić podstawę kontroli dokonywanej przez Trybunał Konstytucyjny, a dawniejsze akty konstytucyjne zostały uchylone. Wyjątek od tej zasady stanowi jednak sytuacja, gdy Trybunał dokonuje oceny konstytucyjności aktu wydanego przed dniem wejścia w życie obowiązującej konstytucji.
Nadzieja na to, że Trybunał Konstytucyjny zajmie się przepisami, które już nie obowiązują, mogłaby wydawać się płonna, zwłaszcza że zgodnie z ustawą Trybunał umarza postępowanie, „jeżeli akt normatywny w zakwestionowanym zakresie utracił moc obowiązującą przed wydaniem orzeczenia przez Trybunał”. Z orzecznictwa Trybunału wynika jednak, że może on rozpatrzyć sprawę mimo utraty przez zaskarżoną normę mocy obowiązującej, gdy spełnione są trzy przesłanki.
A mianowicie, gdy oceniany przepis odnosi się do sfery chronionych konstytucyjnie wolności i praw. Ponadto, gdy poza uznaniem przepisu za niekonstytucyjny nie ma innego środka prawnego, by zmienić zastaną sytuację prawną, oraz gdy stwierdzenie niekonstytucyjności danego przepisu może być skutecznym środkiem przywrócenia ochrony praw naruszonych zastosowaniem kwestionowanej regulacji. Przyjrzyjmy się tym warunkom, co pozwoli nam zarazem lepiej zrozumieć rodzaj bezprawia, jakim charakteryzował się stan wojenny.
Prawo działające wstecz
Po pierwsze bez wątpienia jego wprowadzenie wkraczało – i to bardzo znacząco – w sferę chronionych konstytucyjnie wolności i praw. Świadczą o tym choćby uregulowania dekretu o stanie wojennym, który wyraźnie zawieszał lub ograniczał takie podstawowe prawa obywateli, jak nietykalność osobista, nienaruszalność mieszkań i tajemnicy korespondencji, prawo zrzeszania się, wolność słowa, druku, zgromadzeń, wieców, pochodów i manifestacji, ponadto nakładał na obywateli oraz inne podmioty szczególne obowiązki.
W stanie wojennym działalność wszystkich organów władzy i administracji państwowej, przedsiębiorstw państwowych oraz organizacji społecznych podporządkowano interesom państwa i narodu oraz ustanowiono szczególną odpowiedzialność obywateli, w tym funkcjonariuszy publicznych, za nieprzestrzeganie porządku prawnego oraz niesumienne wypełnianie obowiązków wobec państwa.
Te uregulowania dekretu wydają się merytorycznie (poza kwestią nadrzędną, tj. upoważnieniem Rady Państwa do wydania dekretu) niezgodne z Konstytucją PRL. Dodatkowo – zawieszenie lub ograniczenie praw obywateli stało w sprzeczności z postanowieniami konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy – którą Polska ratyfikowała w 1957 r. – dotyczącymi wolności związkowej i ochrony praw związkowych oraz wolności zrzeszania się.
Niezgodności treści normy dekretu z Konstytucją PRL nie były zresztą jedyne. Dekret zawierał bowiem normy retroaktywne. Artykuł 61 dekretu z 12 grudnia 1981 r. o stanie wojennym stanowił, że „dekret wchodzi w życie z dniem ogłoszenia z mocą od dnia uchwalenia”. Retroaktywność dekretu spotęgowało znaczne opóźnienie publikacji Dziennika Ustaw z 14 grudnia 1981 r. Do niektórych miast Dziennik ten trafił dopiero w styczniu 1982 r.Stosowanie dekretu o stanie wojennym przed jego „prawnym ogłoszeniem” – w szczególności do czynów, które miały miejsce 13 grudnia 1981 r., nie tylko naruszało art. 1 kodeksu karnego z 1969 r., ale także było pogwałceniem ówczesnego porządku konstytucyjnego. Świadczyło również o niedotrzymaniu zobowiązań międzynarodowych, jakie Polska Rzeczpospolita Ludowa przyjęła, ratyfikując w 1977 r. międzynarodowy pakt praw obywatelskich i politycznych, który w art. 15 postulował uwzględnianie w prawie zakazu lex retro non agit. I nie pozwalał go łamać nawet w sytuacjach stanów wyjątkowych.
Być może najważniejsze dla uzasadnienia kognicji Trybunału Konstytucyjnego jest to, że niezgodne z Konstytucją PRL normy prawne w dalszym ciągu wywierają skutki prawne w odniesieniu do określonych stanów faktycznych. Do retroaktywnych norm dekretu odwołuje się na przykład Sąd Najwyższy, który rozpoznaje kasacje od wyroków skazujących lub umarzających postępowania karne (na podstawie ustawy z 21 lipca 1983 r. o amnestii) za popełnienie przestępstw określonych w rozdziale VI dekretu o stanie wojennym. Także inne sądy orzekają o uznaniu za nieważne orzeczeń wydawanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego.
Odszkodowania dla poszkodowanych
Przykładem dalszego wywierania skutków prawnych przez nieszczęsne dekrety, mimo uchylenia ich obowiązywania, jest również ubiegłoroczna uchwała Sądu Najwyższego stwierdzająca, iż „ze względu na niezamieszczenie w Konstytucji PRL z 1952 r. zakazu tworzenia przepisów karnych z mocą wsteczną (zasady lex retro non agit) oraz brak mechanizmu prawnego umożliwiającego uruchamianie kontroli zgodności przepisów rangi ustawowej z konstytucją lub z prawem międzynarodowym, a także ze względu na brak regulacji określającej miejsce umów międzynarodowych w krajowym porządku prawnym sądy orzekające w sprawach karnych o przestępstwa z dekretu Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. o stanie wojennym nie były zwolnione z obowiązku stosowania retroaktywnych przepisów karnych rangi ustawowej”. Tę skądinąd bulwersującą uchwałę SN wpisał do księgi zasad prawnych.
Kwestia odpowiedzialności osób, które stosowały nielegalne i zarazem retroaktywne przepisy dekretu, ma znaczenie dla ochrony konstytucyjnych praw pokrzywdzonych, w tym ujętego w art. 45 Konstytucji RP prawa do sądu (obejmującego między innymi prawo dostępu do sądu, tj. uruchomienia procedury przed sądem, i prawo do wyroku sądowego, tj. prawo do uzyskania wiążącego rozstrzygnięcia danej sprawy przez sąd).
Pokrzywdzonym nie powinno się uniemożliwiać wszczęcia postępowania przed sądem, które zakończyłoby się wydaniem przez sąd w konkretnej sprawie merytorycznego wyroku. Gdyby więc Trybunał Konstytucyjny uznał, iż akty normatywne wprowadzające w Polsce stan wojenny były niekonstytucyjne – do czego nie miał upoważnienia Sąd Najwyższy – przyczyniłoby się to do wzmocnienia ochrony konstytucyjnych praw pokrzywdzonych.
Jest też drugi istotny powód, dla którego Trybunał powinien zająć się dekretami wprowadzającymi stan wojenny. Poza ewentualnym uznaniem przepisu za niekonstytucyjny nie ma bowiem żadnego instrumentu prawnego mogącego zmienić sytuację prawną ukształtowaną definitywnie, nim przepis ten utracił moc obowiązującą. Niestety, nie wszyscy pokrzywdzeni w wyniku wprowadzenia stanu wojennego mogą dziś dochodzić swoich roszczeń.
Ustawa z 1991 r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego ogranicza możliwość uznania za nieważne orzeczeń jedynie do sytuacji, gdy czyn zarzucony lub przypisany był związany z działalnością na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego albo gdy orzeczenie wydano z powodu takiej działalności, oraz gdy orzeczenie wydano za opór przeciwko kolektywizacji wsi i obowiązkowym dostawom, a także w sytuacji, gdy czyn został popełniony w celu uniknięcia represji w stosunku do siebie lub innej osoby.
Ustawa ta ogranicza też możliwość ubiegania się o odszkodowanie lub zadośćuczynienie w związku ze szkodami powstałymi wskutek wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Poza tą regulacją pozostają szkody związane z ograniczaniem praw i wolności człowieka w sytuacjach, kiedy pokrzywdzeni nie działali na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. A przecież takie szkody mogły powstać w związku z ograniczaniem praw do wolności osobistej, ograniczaniem możliwości prywatnych czy zawodowych wyjazdów za granicę, ograniczaniem swobody artystycznej oraz wolności słowa.
Do takich szkód można też zaliczyć utratę dochodów na utrzymanie dla siebie i rodziny, a także uprawnień do wcześniejszej emerytury, wskutek dyscyplinarnego zwolnienia z pracy za udział w strajku przeciwko wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, w sytuacji kiedy nie towarzyszył temu żaden wyrok karny, decyzja o zatrzymaniu czy internowaniu. I nie są to bynajmniej abstrakcyjne kazusy, gdyż do rzecznika praw obywatelskich wpływają skargi obywateli wskazujące na brak prawnej możliwości ochrony konstytucyjnych praw w obecnym kształcie porządku prawnego.
W tym stanie rzeczy ocena legalności stanu wojennego może również wpłynąć na ukształtowanie praw osób pokrzywdzonych w stanie wojennym, a ewentualny wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający niekonstytucyjność dekretów otworzyłby pokrzywdzonym drogę do sądowego dochodzenia roszczeń od Skarbu Państwa za szkody poniesione w związku z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego, a także spowodowałby możliwość podważania wyroków za czyny z dekretu o stanie wojennym, które nie były związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Wyrok Trybunału dałby też podstawę do wznowienia postępowań cywilnych, w których nie uwzględniano roszczeń obywateli za takie szkody.
Skutkiem orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o formalnej niezgodności dekretów z Konstytucją PRL byłoby bowiem uznanie, iż akty te nigdy nie mogły wywoływać skutków prawnych, już bowiem w momencie ich kreowania były dotknięte nieusuwalną wadą sprzeczności z aktami stojącymi wyżej w hierarchii systemu prawa. Bezprawność normatywna, która pojawia się wskutek niezgodnego działania z prawem organu władzy publicznej, jest z kolei jedną z podstawowych przesłanek odpowiedzialności odszkodowawczej państwa.
Nikomu nie przyszło do głowy
Brak definitywnego rozstrzygnięcia kwestii legalności wciąż daje o sobie znać. Na przykład w wyroku z 10 lutego 2005 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił do ponownego rozpoznania wyrok sądu I instancji, a przyczyną uchylenia było nierozważenie przez ten sąd zagadnienia legalności dekretu o stanie wojennym.
Jak słusznie wskazywał Lech Garlicki w zdaniu odrębnym do postanowienia Trybunału Konstytucyjnego z 28 listopada 2001 r.: „Uchylając się od zajęcia stanowiska merytorycznego, nie udzielono sądom odpowiedzi co do konstytucyjności przepisów dekretu, z którym przecież sądy nadal się stykają. Trudno traktować to jako zachętę do przedstawiania przez sądy trudnych problemów konstytucyjnych Trybunałowi Konstytucyjnemu. Trybunał wielokrotnie – i słusznie – krytykował zjawisko samodzielnego orzekania przez sądy o niekonstytucyjności ustaw. Jeżeli jednak Trybunał chce, by sądy szanowały jego orzecznictwo i uznawały jego monopol w rozstrzyganiu spraw konstytucyjnych, to nie osiągnie tego, demonstrując kunszt formalnych uników służących umarzaniu postępowania. Im częściej Trybunał będzie pokazywał sądom, iż nie otrzymają od niego odpowiedzi, tym bardziej będzie się w tych sądach utwierdzała tendencja do zastępowania Trybunału w rozstrzyganiu kwestii konstytucyjnych. Może to się przyczynić do stworzenia niepotrzebnego i nieuzasadnionego wyłomu w zasadzie monopolu TK dla rozstrzygania o niekonstytucyjności ustaw”.
Nie można też zapominać, iż przepisy dekretów nadal mogą być powoływane przez sądy jako podstawa do ustalenia, czy akty normatywne wydane na ich podstawie były legalne. Może to mieć zasadnicze znaczenie w procesie, jaki toczy się obecnie przed Sądem Okręgowym w Warszawie przeciwko twórcom stanu wojennego o bezprawne wprowadzenie w Polsce stanu wojennego w 1981 r.
Od kwestii legalności stanu wojennego nie ucieknie sąd rozpoznający tę sprawę, a ocena stanu wojennego nadal budzi emocje w społeczeństwie, co obrazuje chociażby komentarz redakcyjny Igora Janke, zamieszczony w „Rzeczpospolitej” z 5 listopada 2004 r. [pod tytułem „Wojna o pamięć” – red.], w którym podniesiono, że „ocena stanu wojennego ciągle nie jest jednoznaczna, a przywódcy reżimu, który tłumił wolność, wsadzał do więzień i zabijał, cofnął Polskę w cywilizacyjną przepaść, dziś uchodzą za ekspertów od historii, autorytety, ludzi honoru. Stworzono atmosferę, w której przez kilkanaście lat żadnemu prokuratorowi nie przyszło do głowy, żeby zająć się np. sprawą dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego”. I jest to rzeczywiście zastanawiające, dlaczego dotychczas nikomu nie przyszło to do głowy.
Będzie można wznowić postępowania
Jako ostatni ważny argument wskazać należy, że stwierdzenie niekonstytucyjności dekretów o stanie wojennym stanowić będzie skuteczny środek przywrócenia ochrony praw przez nie naruszonych. Przede wszystkim dlatego, że orzeczenie Trybunału umożliwia wznowienie postępowania, uchylenie decyzji lub innego rozstrzygnięcia. Można by więc wznowić zakończone postępowania cywilne, w których nie były uwzględniane roszczenia obywateli za szkody poniesione w wyniku wprowadzenia w 1981 r. stanu wojennego, a z którymi wiązałoby się wykazanie nielegalności aktów, na podstawie których wprowadzono w Polsce ów stan, czy też stanowiłoby podstawę do wznowienia postępowań karnych.
Nie wiem, czy argumenty te trafią do Trybunału Konstytucyjnego – do którego w kolejną rocznicę tej narodowej tragedii o formalne uznanie dekretu o stanie wojennym wczoraj się zwróciłem – ale mam nadzieję, że skorzysta on z szansy na spełnienie elementarnego wymogu sprawiedliwości, i to nie tylko wobec ofiar stanu wojennego, ale przede wszystkim wobec samego prawa, które bez ciągłego oczyszczania nie może zasługiwać na szacunek obywateli. Najwyższy już czas posprzątać po stanie wojennym.
Autor jest rzecznikiem praw obywatelskich, prawnikiem i dyplomatą, założycielem fundacji Ius et Lex
Rzeczpospolita

Odpowiedzialność przewodników górskich

Odpowiedzialność przewodników górskich*
źródło - SPORT I TURYSTYKA

Kto odpowie za wypadek w górach?
JACEK CZABAŃSKI
Autor jest alpinistą i prawnikiem, współpracownikiem naukowej Fundacji Ius et Lex

Czasem za nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa może być uznana sama decyzja o górskiej wyprawie

Nie tak dawno czwórkę Polaków biorących udział w tzw. wyprawie partnerskiej wpadło do szczeliny w lodowcu podczas wyprawy na górę Uszba w masywie Elbrusa, w górach Kaukazu. Dwoje zasypały osuwające się bryły lodu.

W styczniu 2003 r., gdy licealiści z Tychów szli na Rysy, zeszła potężna lawina. Zginęło osiem osób. Prowadzący grupę nauczyciel (mający pewne doświadczenie górskie) został nieprawomocnie skazany na rok więzienia w zawieszeniu.

Nie były to czysto losowe zdarzenia, przynajmniej w części wynikały z popełnionych błędów. Kto zatem, jeśli w ogóle, powinien być prawnie odpowiedzialny za tego rodzaju wypadki i czy za pomocą prawa można zminimalizować ryzyko ich wystąpienia?

Do niedawna uprawianie alpinizmu wymagało specjalistycznych kwalifikacji, potwierdzonych kartą taternika, wydawaną przez Polski Związek Alpinizmu. Ostatnia zmiana ustawy o kulturze fizycznej zniosła ten wymóg, głównie za sprawą nacisków środowiska alpinistycznego, w tym niżej podpisanego. A to dlatego, że: reglamentacja dostępu do legalnego uprawiania wspinania jest niecelowa; egzekucja zakazu była iluzoryczna; podobnych ograniczeń nie ma w żadnym z państw europejskich, w tym alpejskich. Uznano więc, że każdy ma prawo decydować o stopniu ryzyka swojej działalności, zgodnie z gwarantowanym przez konstytucję prawem wolności (art. 31).

Swoboda decydowania nie dotyczy jednak sytuacji, w której: ktoś nie dokonuje samodzielnej oceny ryzyka na skutek zaufania pokładanego w innej osobie (a co do której rozsądne jest przyjąć, że zaufanie takie może pokładać); prawo uznaje, że dana osoba nie jest w stanie samodzielnie ocenić ryzyka, i dlatego ustanawia inne osoby jako odpowiedzialne za podejmowane decyzje.

Osoby niepełnoletnie
Zgodnie z prawem tylko do pewnego stopnia niepełnoletni są odpowiedzialni za swoje czyny. Tak więc ich prawni opiekunowie mogą ponieść odpowiedzialność karną za narażenie osób pozostających pod ich opieką na niebezpieczeństwo utraty życia.

Poza zakresem tego artykułu jest rozważanie, do jakiego stopnia rodzice mogą narzucić wybór zachowania niebezpiecznego (np. wyprawy górskiej) swoim dzieciom, jednak nie ulega wątpliwości, że na wyprawę dzieci i nauczycieli rodzice muszą wyrazić zgodę. Tak właśnie uczynili rodzice licealistów, opierając się na zaufaniu do nauczyciela mającego pewne doświadczenie górskie.

Na zasadzie zaufania
Żadna aktywność górska nie jest wolna od ryzyka, ale alpinizm wypracował metody pozwalające na jego minimalizację, pod warunkiem używania stosownego sprzętu oraz przestrzegania odpowiednich reguł bezpieczeństwa.

Uprawiający alpinizm przechodzą szkolenia i w ciągu wielu lat działalności nabywają doświadczenia. Osoby, niemające tak częstego kontaktu z górami, a chcące przeżyć przygodę, wynajmują profesjonalistę.

Typowym więc przykładem odpowiedzialności na zasadzie zaufania jest relacja klient -przewodnik. Wybierając osobę, która reklamuje się jako przewodnik górski, klient ma prawo uważać, że dany profesjonalista zna standardy bezpiecznego zachowania w górach i potrafi ograniczyć ryzyko do minimum.

Fakt, czy ów profesjonalista ma wystarczające kwalifikacje albo czy należy do organizacji zrzeszającej przewodników, nie ma większego znaczenia dla jego odpowiedzialności, natomiast ma oczywiście znaczenie dla klienta. Powinien on zatem we własnym interesie zweryfikować kwalifikacje przewodnika, co jest trudne (bo laik nie ma przecież takich możliwości i musi polegać na opinii innych) i kosztowne. Godne rozważenia wydaje się więc utrzymywanie państwowego systemu licencjonowania takiej działalności (stosowanego w wielu państwach), co ułatwia klientom wybór przewodnika i jednocześnie pozwala na utrzymanie odpowiednich kwalifikacji.

Wyprawa partnerska
Wypadek na Kaukazie zdarzył się w ramach tzw. wyprawy partnerskiej: organizator zastrzegł, że nie odpowiada za bezpieczeństwo jej uczestników, a więc wykluczył funkcję przewodnika.

Wyprawa partnerska to bliźniak wypraw organizowanych przez kluby wspinaczkowe, których członkowie wspinają się, akceptując ograniczoną odpowiedzialność swojego partnera. Między nimi są jednak istotne różnice. Kluby wspinaczkowe z reguły wymagają od swoich członków odpowiednich kwalifikacji, co z góry wyklucza, aby ich członkiem został ktoś nieprzestrzegający zasad bezpieczeństwa w górach. Kluby te są trwałymi stowarzyszeniami osób o podobnej pasji i dość łatwo jest ocenić kwalifikacje każdego członka.

Wreszcie nie prowadzą one działalności nastawionej na zysk, a więc nikt nie oczekuje, że na ich wyprawach ktokolwiek jest zwolniony z posiadania odpowiednich kwalifikacji. W konsekwencji kluby wspinaczkowe nie pozwalają na uczestnictwo w wyprawach osobom z zewnątrz.

Tymczasem w wyprawach partnerskich, organizowanych przez przedsiębiorstwa nastawione na zysk, może wziąć udział niemal każdy. Nawet w wysokie góry jedzie przypadkowy skład osób, które nie miały wcześniej okazji ze sobą współpracować i ocenić swoich kwalifikacji.

Ale przedsiębiorstwa te działają dla zysku, więc klienci mogą wymagać zapewnienia wyższego poziomu bezpieczeństwa. Ponadto nie ograniczają się one wyłącznie do oferowania usług logistycznych (przejazd, zakwaterowanie, itp.) bo w swoich reklamach jasno wskazują określone szczyty górskie jako cele wyprawy.

Wątpliwe zastrzeżenia
Czy wobec tego można uznać za ważne zastrzeżenie o braku odpowiedzialności organizatora? Moim zdaniem - nie. Biorący udział w wyprawie partnerskiej zawiera umowę z przedsiębiorcą świadczącym usługi na polu działalności górskiej, jest to relacja konsument - przedsiębiorca. Skoro tak, to zastosowanie ma art. 3853 kodeksu cywilnego, który wprost stwierdza: niedozwolone jest ograniczanie lub wyłączanie odpowiedzialności przedsiębiorcy względem konsumenta za szkody na osobie. W takim razie wskazane zastrzeżenie jest nieważne, a organizator w pełni odpowiedzialny za szkody na osobie.

Kwestia odpowiedzialności karnej jest bardziej złożona. Co do zasady, organizator może odpowiadać za narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 1 kodeksu karnego) - kara pozbawienia wolności do lat 3, ale częściej jako narażenie mimo obowiązku opieki (art. 160 § 2 k.k.) - kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Obowiązek opieki będzie wynikać albo z postanowień umowy typu klient - przewodnik, albo obowiązku opieki rodzicielskiej czy sprawowanej przez inne osoby, np. nauczycieli. Istnieje też tzw. kontratyp ryzyka, który skutkuje brakiem odpowiedzialności pod warunkiem przestrzegania zasad bezpieczeństwa.

Trudno jednak mówić o ich przestrzeganiu przez firmy, które, reklamując wyprawy partnerskie, wysyłają przypadkową grupę osób w wysokie góry, nie oferując ani odpowiedniego przeszkolenia, ani opieki profesjonalnych przewodników.

Czasem za nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa może być uznana sama decyzja o górskiej wyprawie.

W procesie nauczyciela sąd nie znalazł dowodów na naruszenie zasad bezpieczeństwa przez licealistów, a w szczególności na to, że grupa spowodowała wypadek przez podcięcie lawiny.

Sąd uznał jednak, że sama decyzja o wyruszeniu w góry była obarczona takim ryzykiem, że wyczerpywała cechy przestępstwa z art. 160 k.k.

Analogiczne rozumowanie można przeprowadzić wobec organizatorów wypraw partnerskich, których wina może polegać już na samym sposobie jej organizacji, a nie na konkretnych naruszeniach zasad bezpieczeństwa w trakcie wyprawy.

W górach nie da się uniknąć wypadków. Ryzyko jest nieodłącznie związane z alpinizmem, piękną przecież aktywnością człowieka. Ale brak prawnej odpowiedzialności za wypadki powinien odnosić się wyłącznie do sytuacji, w których uczestnicy byli właściwie poinformowani o występującym ryzyku i zdawali sobie sprawę z kwalifikacji towarzyszy wyprawy.

Zamieszczonej na stronach internetowych formułki o braku odpowiedzialności organizatora prawo nie powinno brać pod uwagę. Rozszerzyć należy odpowiedzialność osób, co do których (przewodnicy, nauczyciele) można mówić o zwiększonym zaufaniu ze strony podopiecznych.

A do wyłączenia odpowiedzialności powinno prowadzić jedynie wykazanie, że przestrzegano wszystkich zasad bezpieczeństwa, a wypadek był skutkiem działania sił losowych. Brak prawnej reglamentacji wspinania nie może prowadzić do braku odpowiedzialności osób wykorzystujących modę na sporty ekstremalne do podejmowania ryzykownej działalności przy wykorzystaniu niewiedzy tych, którzy im zaufali.

Lustracji Przyjaciele Radośni?

Cytat:
Przekazując ów indeks za każdym razem tłumaczyłem, że nie jest to lista TW. Wiadomości o owej liście nazwanej (nie przeze mnie) "listą Wildsteina" zaczęły krążyć wśród dziennikarzy, co owocowało zaproszeniem mnie do kilku mediów. Wykorzystałem tę okoliczność, aby raz jeszcze wyjaśnić sprawę. Zrobiłem to m.in. w TVN 24, gdzie wystąpiłem w "Prześwietleniu" (21.01.2005), czy na antenie Radia RMF (25.01). W każdym wypadku podkreślałem, że nie jest to lista agentów.

Wszystko było więc jasne, kiedy "Gazeta Wyborcza" (29 - 30.01) piórem Wojciecha Czuchnowskiego na pierwszej stronie ogłosiła "Ubecka lista krąży po Polsce". Już ten tytuł zawiera dwa kłamstwa: nie jest to lista ubecka, tylko lista IPN i nie krąży po Polsce, ale znalazła się w dyspozycji grupy dziennikarzy warszawskich. "Prawdopodobnie dziennikarz skopiował z archiwum IPN rejestr osobowy" - eksponuje gazeta swoje domniemania, gdy tymczasem dziennikarz ów od ponad tygodnia ogłasza w mediach (również w tych o wielkiej liczbie odbiorców), co zrobił i dlaczego. Tłumaczy również publicznie (i prywatnie), że nie jest to lista agentów. Oczywiście gdyby "GW" wymieniła mnie, byłaby zmuszona zwrócić się także o komentarz. A tak może swobodnie straszyć, że jest to lista, za pomocą której pozbawia się dobrego imienia osoby niewinne.

Cytat: Nie miałam pojęcia, że znajduję się w dwuznacznej sytuacji, spowodowanej tym, iż moje nazwisko widnieje w archiwach IPN. Dzięki liście Bronisława Wildsteina przynajmniej się o tym dowiedziałam.

Cytat: List otwarty w sprawie Bronisława Wildsteina

Ze zdumieniem i oburzeniem przypatrujemy się wspólnej akcji części mediów, niektórych dziennikarzy i polityków, przedstawiających w całkowicie fałszywym świetle sprawę tak zwanej listy Wildsteina. Stwierdzamy kategorycznie, że wbrew upowszechnianym opiniom:
1. Bronisław Wildstein nie wykradł z IPN tajnej, ubeckiej listy, a tylko skopiował ogólnie dostępną, jawną listę osobowych zasobów archiwalnych instytutu;
2. Bronisław Wildstein nigdy tej listy ani jej fragmentów nie opublikował;
3. Bronisław Wildstein nigdy nie twierdził, że jest to lista agentów SB. Przeciwnie, przestrzegał przed takim jej odczytywaniem.

Stwierdzamy, że wobec posiadania przez osoby szerzące takie opinie prawdziwej wiedzy na ten temat cała akcja przeciwko Bronisławowi Wildsteinowi jest przejawem złej woli i ma na celu skompromitowanie zarówno idei lustracji, jak i osoby znakomitego dziennikarza, ofiary SB i niestrudzonego obrońcy powszechnego prawa do prawdy. Przypominamy przy okazji, że dochodzenie prawdy, także w sprawie działalności służb specjalnych PRL, jest obowiązkiem społecznym wolnego dziennikarstwa.

Podpisali m.in.

Piotr Gabryel, zastępca redaktora naczelnego "Wprost",
Jarosław Gowin, redaktor naczelny "Znaku",
Krystyna Grzybowska, publicystka,
Wacław Holewiński, pisarz,
Paweł Huelle, pisarz,
Jerzy Jurecki, redaktor naczelny "Tygodnika Podhalańskiego",
Michał Karnowski, publicysta "Newsweeka",
Janusz Kochanowski, prezes fundacji Ius et Lex,
Marek Król, redaktor naczelny "Wprost",
Michał Lorenc, kompozytor,
Robert Mazurek, publicysta "Wprost",
Andrzej Mietkowski, dziennikarz
Marek Nowakowski, pisarz,
Julia Pitera, Transparency International,
Jan Pospieszalski, TVP "Warto rozmawiać",
Maciej Rybiński, publicysta "Rzeczpospolitej",
Tomasz Sakiewicz, publicysta "Gazety Polskiej",
Krzysztof Skowroński, dziennikarz telewizyjny,
Paweł Śpiewak, profesor socjologii,
Krzysztof Turkowski, prezes telewizji PULS,
Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny "Newsweeka",
Igor Zalewski, publicysta "Wprost",
Piotr Zaremba, publicysta "Newsweeka",
Rafał Ziemkiewicz, publicysta "Newsweeka".

Cytat: Trzeba od razu powiedzieć, że są to informacje jawne. Od wielu historyków słyszałem opinię, że ci zatrudnieni w IPN są uprzywilejowani, bo pracujący na zewnątrz nie dysponują żadną powszechnie dostępną informacją archiwalną. Tę listę można traktować jako taką informację. Poza tym wciąż gdzieś pojawiają się wiadomości o domniemanych agentach, które IPN musi wyjaśniać. Bez takiej listy, takiej pomocy inwentarzowej, praca ta nie byłaby możliwa

Cytat: przecież każdy dziennikarz mógł siąść i sukcesywnie spisywać po kilkaset nazwisk z komputera i byłoby to samo. Dodano do tego jednak szkodliwą interpretację. Z rąk do rąk przekazywana była informacja: "Wildstein ma listę ubeków, tajnych współpracowników". Muszę powiedzieć, że zawiodłem się na warszawskich elitach. Cała ta sytuacja jest zdarzeniem z kreowaną atmosferą podejrzeń, pewnej psychozy zagrożenia

Cytat: Ta lista udostępniana od wielu miesięcy była źródłem informacji dla każdego, kto chciał z niej skorzystać. Dlatego jeśli ktoś mówi czy pisze, że jest to lista agentów, mogę to nazwać skandalem.

Cytat: PŚ-Nie doszło do złamania prawa?
Nie, konsultowałem to z naszymi prawnikami. Zresztą muszę powiedzieć, że już na posiedzeniu Kolegium zastanawialiśmy się, czy nie opublikować z czasem tej listy. Dlatego mówienie w tym wypadku o wycieku jest nieporozumieniem. Wyciec mogą informacje tajne. Tu nic nie wyciekło.



Oczekuję teraz polemiki z moimi i przytoczonymi wypowiedziami. Od razu zaznaczam, że za polemikę nie uznam pytania o moją ocenę z wdsu lub stwierdzenia, że nie muszę czytac GW. Choc spodziewam się raczej wymijających odpowiedzi.

ps. Z góry udzielam odpowiedzi na zarzut "on postąpił nieetycznie" - odpowiedzi w formie pytania "czy etyczne jest nagrywanie rozmowy ze znanym producentem filmowym bez jego wiedzy o owym nagrywaniu?"

Lustracji Przyjaciele Radośni?

Cytat: Na początek sam Wildstein


Przekazując ów indeks za każdym razem tłumaczyłem, że nie jest to lista TW. Wiadomości o owej liście nazwanej (nie przeze mnie) "listą Wildsteina" zaczęły krążyć wśród dziennikarzy, co owocowało zaproszeniem mnie do kilku mediów. Wykorzystałem tę okoliczność, aby raz jeszcze wyjaśnić sprawę. Zrobiłem to m.in. w TVN 24, gdzie wystąpiłem w "Prześwietleniu" (21.01.2005), czy na antenie Radia RMF (25.01). W każdym wypadku podkreślałem, że nie jest to lista agentów.

Wszystko było więc jasne, kiedy "Gazeta Wyborcza" (29 - 30.01) piórem Wojciecha Czuchnowskiego na pierwszej stronie ogłosiła "Ubecka lista krąży po Polsce". Już ten tytuł zawiera dwa kłamstwa: nie jest to lista ubecka, tylko lista IPN i nie krąży po Polsce, ale znalazła się w dyspozycji grupy dziennikarzy warszawskich. "Prawdopodobnie dziennikarz skopiował z archiwum IPN rejestr osobowy" - eksponuje gazeta swoje domniemania, gdy tymczasem dziennikarz ów od ponad tygodnia ogłasza w mediach (również w tych o wielkiej liczbie odbiorców), co zrobił i dlaczego. Tłumaczy również publicznie (i prywatnie), że nie jest to lista agentów. Oczywiście gdyby "GW" wymieniła mnie, byłaby zmuszona zwrócić się także o komentarz. A tak może swobodnie straszyć, że jest to lista, za pomocą której pozbawia się dobrego imienia osoby niewinne.

Cytat: Nie miałam pojęcia, że znajduję się w dwuznacznej sytuacji, spowodowanej tym, iż moje nazwisko widnieje w archiwach IPN. Dzięki liście Bronisława Wildsteina przynajmniej się o tym dowiedziałam.



inni, m.in. prof. IS
Cytat:
List otwarty w sprawie Bronisława Wildsteina

Ze zdumieniem i oburzeniem przypatrujemy się wspólnej akcji części mediów, niektórych dziennikarzy i polityków, przedstawiających w całkowicie fałszywym świetle sprawę tak zwanej listy Wildsteina. Stwierdzamy kategorycznie, że wbrew upowszechnianym opiniom:
1. Bronisław Wildstein nie wykradł z IPN tajnej, ubeckiej listy, a tylko skopiował ogólnie dostępną, jawną listę osobowych zasobów archiwalnych instytutu;
2. Bronisław Wildstein nigdy tej listy ani jej fragmentów nie opublikował;
3. Bronisław Wildstein nigdy nie twierdził, że jest to lista agentów SB. Przeciwnie, przestrzegał przed takim jej odczytywaniem.

Stwierdzamy, że wobec posiadania przez osoby szerzące takie opinie prawdziwej wiedzy na ten temat cała akcja przeciwko Bronisławowi Wildsteinowi jest przejawem złej woli i ma na celu skompromitowanie zarówno idei lustracji, jak i osoby znakomitego dziennikarza, ofiary SB i niestrudzonego obrońcy powszechnego prawa do prawdy. Przypominamy przy okazji, że dochodzenie prawdy, także w sprawie działalności służb specjalnych PRL, jest obowiązkiem społecznym wolnego dziennikarstwa.

Podpisali m.in.

Piotr Gabryel, zastępca redaktora naczelnego "Wprost",
Jarosław Gowin, redaktor naczelny "Znaku",
Krystyna Grzybowska, publicystka,
Wacław Holewiński, pisarz,
Paweł Huelle, pisarz,
Jerzy Jurecki, redaktor naczelny "Tygodnika Podhalańskiego",
Michał Karnowski, publicysta "Newsweeka",
Janusz Kochanowski, prezes fundacji Ius et Lex,
Marek Król, redaktor naczelny "Wprost",
Michał Lorenc, kompozytor,
Robert Mazurek, publicysta "Wprost",
Andrzej Mietkowski, dziennikarz
Marek Nowakowski, pisarz,
Julia Pitera, Transparency International,
Jan Pospieszalski, TVP "Warto rozmawiać",
Maciej Rybiński, publicysta "Rzeczpospolitej",
Tomasz Sakiewicz, publicysta "Gazety Polskiej",
Krzysztof Skowroński, dziennikarz telewizyjny,
Paweł Śpiewak, profesor socjologii,
Krzysztof Turkowski, prezes telewizji PULS,
Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny "Newsweeka",
Igor Zalewski, publicysta "Wprost",
Piotr Zaremba, publicysta "Newsweeka",
Rafał Ziemkiewicz, publicysta "Newsweeka".


Cytat:
i osoba najbardziej kompetentna do wypowiadania się w tej sprawie
Leon Kieres

Trzeba od razu powiedzieć, że są to informacje jawne. Od wielu historyków słyszałem opinię, że ci zatrudnieni w IPN są uprzywilejowani, bo pracujący na zewnątrz nie dysponują żadną powszechnie dostępną informacją archiwalną. Tę listę można traktować jako taką informację. Poza tym wciąż gdzieś pojawiają się wiadomości o domniemanych agentach, które IPN musi wyjaśniać. Bez takiej listy, takiej pomocy inwentarzowej, praca ta nie byłaby możliwa

Cytat: przecież każdy dziennikarz mógł siąść i sukcesywnie spisywać po kilkaset nazwisk z komputera i byłoby to samo. Dodano do tego jednak szkodliwą interpretację. Z rąk do rąk przekazywana była informacja: "Wildstein ma listę ubeków, tajnych współpracowników". Muszę powiedzieć, że zawiodłem się na warszawskich elitach. Cała ta sytuacja jest zdarzeniem z kreowaną atmosferą podejrzeń, pewnej psychozy zagrożenia

Cytat: Ta lista udostępniana od wielu miesięcy była źródłem informacji dla każdego, kto chciał z niej skorzystać. Dlatego jeśli ktoś mówi czy pisze, że jest to lista agentów, mogę to nazwać skandalem.


Cytat: - Jeżeli ktokolwiek w oparciu o dane, które znajdują się na tej liście, nazywa inną osobę w ten sposób, że znalazł się na liście agentów współpracowników służb specjalnych PRL, to w ten sposób obraża cześć i godność danej osoby. Mówi nieprawdę, bo taką sytuację można stwierdzić tylko i wyłącznie poprzez analizę dokumentów znajdujących się w naszym archiwum.

Prezes IPN poprosił informatyka z archiwum o pisemne wyjaśnienie, jak Wildstein mógł skopiować tak ogromny plik z nazwiskami. Dowiedział się, że dane nie zostały skopiowane z komputera w czytelni IPN. Jak w takim razie wyciekły na zewnątrz? Nie wiadomo. Zapytany o to Wildstein odparł, że jako dziennikarz musi chronić swoje źródła informacji.

Cytat:
PŚ-Nie doszło do złamania prawa?
Nie, konsultowałem to z naszymi prawnikami. Zresztą muszę powiedzieć, że już na posiedzeniu Kolegium zastanawialiśmy się, czy nie opublikować z czasem tej listy. Dlatego mówienie w tym wypadku o wycieku jest nieporozumieniem. Wyciec mogą informacje tajne. Tu nic nie wyciekło.



Oczekuję teraz polemiki z moimi i przytoczonymi wypowiedziami. Od razu zaznaczam, że za polemikę nie uznam pytania o moją ocenę z wdsu lub stwierdzenia, że nie muszę czytac GW. Choc spodziewam się raczej wymijających odpowiedzi.

ps. Z góry udzielam odpowiedzi na zarzut "on postąpił nieetycznie" - odpowiedzi w formie pytania "czy etyczne jest nagrywanie rozmowy ze znanym producentem filmowym bez jego wiedzy o owym nagrywaniu?"
Cytat: Prof. Andrzej Friszke z kolegium IPN: - Nie ma zwyczaju, żeby czyjąś własność wynosić z jego pomieszczenia. Tu została zrobiona bardzo zła rzecz. Jeżeli pan Wildstein przyznaje się, że te listę wyniósł, to znaczy, że dokonał poważnego wykroczenia. Wyniesienie tej listy z IPN, bez wiedzy IPN, to jest naruszenie zasad etyki.

Cytat: Bronisław Wildstein odchodzi z redakcji "Rzeczpospolitej". Propozycję odejścia złożyło Wildsteinowi kierownictwo gazety.

Powodem odejścia Wildsteina jest różnica zdań z dużą częścią redakcji i kierownictwem gazety. Wywołane to jest też ostatnimi publikacjami "Gazety Wyborczej". Dziennik nazwał postępowanie Wildsteina "barbarzyństwem", a jego samego mianem "fanatycznego lustratora".

Bronisław Wildstein skopiował i udostępnił innym dziennikarzom listę osób znajdujących się w zasobach archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej. Lista zawiera około 240 tysięcy nazwisk. W IPN został już powołany 5-osobowy zespół, który w środę ma przedstawić opinię w sprawie dalszego udostępniania tej listy. (mn)

Cytat: Waldemar Pawlak, prezes PSL: - Wildstein popisał się wyjątkową nieodpowiedzialnością. To, co zrobił, grozi tym, że każdy będzie mógł opublikować dowolne nazwiska. Potrzebna jest nowa ustawa, która ureguluje procedurę ujawniania listy tajnych współpracowników.

Zgodzili się z nim Lech Kaczyński (PiS) i Roman Giertych (LPR).


Tych dwóch panów ciężko mi uznać za lewaków, bądź sympatyków tak znienawidzonego przez Ciebie SLD.